Murter w Chorwacji. Piękne okoliczności i nieprzyjaźni ludzie. Opowieść i zdjęcia

O miejscowości Murter na wyspie Murter w Chorwacji słyszałam niewiele, ale to wystarczyło, by wpisać ją na listę wakacyjnych miejsc do odwiedzenia. Przekonały mnie obietnice: że ma piękne plaże, że w wodach wokół wyspy tętni życie (to dla nas kluczowe) oraz że – co nie mniej ważne – jest nudna i dość kameralna, ponieważ nie ma kurortów i nocnego życia (że pod tym względem to raj dla niemieckich emerytów). Uwielbiamy takie miejsca!

W miejscowości Murter na wyspie Murter spędziliśmy 12 dni na początku lipca. Mieszkaliśmy w fantastycznym miejscu, apartamentowcu z małym basenem, położonym niedaleko plaży Slanica. Z naszych okien rozciągał się widok za milion dolarów – po lewej otwarte morze z majaczącym w oddali archipelagiem Kornati, po prawej zatoka, a naprzeciwko – wzgórze Hollywood.

Murter (wł. Morter) – wyspa w Dalmacji, jedna z 47 zamieszkanych, położona w północno-zachodniej części archipelagu Šibenickiego. Jej powierzchnia wynosi 17,58 km² a długość linii brzegowej 42,6 km. Wyspa jest oddzielona od kontynentu kanałem, który w najwęższym miejscu ma 20 m. W miejscowości Tisno znajduje się most łączący ją z kontynentem. Kiedyś rybacka osada, dziś miejscowość turystyczna.

Wyspa Murter jest niewielka, ale urocza. Ma kilka fajnych, naprawdę fajnych plaż, które opiszę, a i trzy urokliwe „miasteczka”. Ale osada Murter do nich nie należy. Powiem tak: jeszcze nigdy w Chorwacji nie widziałam tak beznamiętnego, niezadbanego i nieprzyjaznego miejsca. Betina, Jezera i Tisno to zupełnie inna bajka. O nich opowiem w oddzielnym tekście. A sama Murter?

Miejscowość Murter

Na pierwszy rzut oka miejscowość Murter jest zwyczajna. Adriatyk – jak zawsze obiecujący i absolutnie boski. Nieco później jednak, kiedy zaczynamy dostrzegać pierwiastek ludzki, miejscowość robi raczej kiepskie wrażenie (wyłączam z tego nasz apartament i gospodarza, który był super – pomocny, serdeczny, uśmiechnięty). Zapamiętam ją jednak pozytywnie – przez pryzmat pięknych zachodów słońca, cudownych widoków, uroczego nabrzeża, fantastycznych zatok (zwłaszcza Slanicę), życia pod wodą, nastrojowych łodzi w porcie i kilku czarownych uliczek w starej części centrum.

Nasz urlop był udany, ponieważ mieliśmy fajną ekipę, w wodach Adriatyku znaleźliśmy to, czego szukamy, a i jeździliśmy na wycieczki – tak na wyspę, jak i na ląd, co pozwoliło mi przypomnieć sobie, za co kocham ten kraj (bo mieszkając dłużej w Murter, poddając się posępnej atmosferze miejsca, szybko bym o tym zapomniała).

Miasteczko jest dość rozległe – spacer ze Slanica, plażowej perły Murter, do centrum ciągnie się jak zużyta guma balonowa. Sporo ludzi jeździ na rowerach. My mieszkaliśmy w bardzo dogodnym miejscu, bo blisko morza – gdybyśmy mieli jednak codziennie chodzić na plażę, a bywaliśmy i dwa razy dziennie, umarlibyśmy pewnie z wysiłku bądź zniechęcenia. Jeżdżąc na nią autem – nasze portfele by nieco cierpiały (parkingi są płatne – 30 kun, o ile pamiętam, dziennie).

Murter byłaby super, gdyby nie ludzie

Nie zostawiłam w Murter serca. Nie wyczułam jej charakteru i nie polubiłam jej. Nie jest ładna, nie ma stylu. Nabrzeże straszy przypadkowością, zaniedbaną roślinnością i pustostanami (przez co miejscowość wygląda, jakby najlepsze lata miała za sobą), idąc w jej głąb mijamy klockowate zabudowania, a część miasta pomiędzy supermarketem Tommy, stacją benzynową i ciągiem straganów to już w ogóle jest estetyczny koszmar. Odniosłam wrażenie, że miejscowość Murter jest eksploatowana, ale jednocześnie zaniedbywana. Brudno tu jakoś, prowizorycznie, roboczo.

Pustostan na nabrzeżu, najbardziej uczęszczanej uliczce spacerowej, udającej promenadę:

Ale nie to było najgorsze. Najgorszy był klimat, a raczej jego brak. Tłok, nerwowość – to do zniesienia, o ile jest naturalna (wiadomo, rzesze turystów). Ale ją potęgowali mieszkańcy. Wyczuwało się jakieś… napięcie i nieprzychylność. Łapaliśmy się na wrażeniu, że czujemy się jak intruzi lub skarbonki do rozbicia. Nie mamy złudzeń, że Chorwatów wzrusza nasza sympatia do ich kraju. Turyści są po to, by na nich zarabiać. Ale można to robić z klasą, a nawet wdziękiem. Od 7 lat bywam w Chorwacji, a nigdy nie spotkałam się z takim podejściem. Zawsze wracałam z wakacji jeszcze bardziej w niej zakochana, w tym roku – nie.

To „klomb” przed jednym z supermarketów:

W Murter wszystko kosztuje, i to słono. Nikt nie ściemnia, że nie chodzi o pieniądze. Ceny w sklepach i na straganach są szalone. Głupi woreczek lawendy kosztował 40 kun (na lądzie 20), woda – 7,5 kuny, a mleko – 8. Dodatkowo chaos wprowadzali nachalni parkingowi, którzy w swoim rytualnym tańcu wyginali się, machali rękami, a nawet się ze sobą kłócili. Z takim zaangażowaniem naganiali klientów, jakby od tego zależało ich życie.

Niesympatyczni i pozbawieniu uśmiechu, choćby lodowato uprzejmego, byli także sprzedawcy na straganach (oprócz pana, który sprzedawał magnesy-rybki hand-made, on był sympatyczny). Nawet dzieci nie chciały u nich nic kupować, a to już jest dziwne. Dodam, że to nie jest tak, że w Murter wszyscy są niefajni, bo wszyscy fajni mieszkają gdzie indziej. Nie, to kwestia proporcji.

Zastanawiałam się nawet, dlaczego tak się dzieje. Co jest z tymi ludźmi nie tak. Bo owszem, zwracam uwagę na detale i jestem wyczulona (ale byłam zawsze), jednak nie tylko ja czułam się tu zupełnie nie jak w Chorwacji. Czyżby powodem była bieda? A może to sprawka nazwy miejscowości (podobno pochodzi od słowa „śmierć”)? Inny pomysł – dość odważny, a może i ryzykowny, bo niepoprawny – to owa obecność, a raczej wspomnienie obecności niemieckich emerytów, którzy przyjeżdżali tu przez lata. Byli może niespecjalnie sympatyczni, a może i natarczywi, ale dobrze, bo bez sentymentów, się na nich zarabiało. Wprawdzie ich już nie ma, bo tłum jest młody, a gwar bardzo europejski, ale mentalność miejscowych (nastawienie na eksploatowanie portfeli przyjezdnych i nieprzychylność) pozostała? Nie wiem. Tak słyszałam, ale i może coś w tym jest.

W międzyczasie mieliśmy różne dziwne przygódki – a tu ktoś nas skubnął na 10 euro, a tu ktoś próbował na coś naciągnąć… Na początku nie umieliśmy tego dostrzec. Później pojawiło się jakieś nieprzyjemne przeczucie. A jeszcze później już się z tego wrażenia nie dało otrząsnąć.

Stosunkowo niewielu Murterian mówi po angielsku, mało kto w sklepach odpowiadał dobar dan. Mało kto bawił się w uprzejmość. Zarówno w Koznumie, jak i w Ultra czy Tommym kasjerzy byli nafufani, a pani w Tommym tak zblazowana i najeżona, że rzucała naszymi zakupami. Inna przejechała mi wózkiem po stopach, a kolejna przesunęła mnie barkiem, napierając do wyjścia. I to nie były anonimowe turystki, a pracownice sklepu Tommy. Jakie to było dziwne! Ten brak klasy, zupełnie nie maskowana nieprzychylność zupełnie mi do Chorwacji nie pasowały. Zrozumiałam to, kiedy pojechaliśmy do Śibenika. Jak wspaniale się tam poczułam! Jaki to był kontrast!

Szczytem szczytów zaś była sytuacja, kiedy wyszliśmy z szybkich zakupów w Tommym, a tam… tadam! Na parkingu nie znaleźliśmy naszego auta.

Przygoda z lawetą

Zakupy w Tommym trwały nie dłużej niż kwadrans. Kiedy wyszliśmy i nie znaleźliśmy swojego samochodu, najpierw pomyśleliśmy, że ktoś je ukradł. Ale na co komu rodzinny van, zwłaszcza że wokół stało mnóstwo wypasionych fur z zachodniej Europy. Doszliśmy do tego, że w szale i natłoku turystów samochód, z braku miejsc parkingowych, zaparkowaliśmy na miejscu oznaczonym znakiem X, co było zakazane. Kilka metrów dalej, na drzwiach magazynu sklepu, znaleźliśmy naklejkę – ostrzeżenie przez holowaniem. Domyśliliśmy się zatem, że złamaliśmy przepis i może nasze auto odjechało na lawecie. Ale to jednak wciąż były tylko domysły.

Zagajony przez nas miły pan z wypożyczalni łódek, znajdującej się obok sklepu, wprawdzie nic nie widział, ale doradził, by iść kilometr dalej do punktu, w którym można się czegoś dowiedzieć. Ja, córka i kosz wypełniony zakupami (mięso, ryby, nabiał, lody) zostaliśmy przed sklepem. Męska część drużyny udała się we wskazanym kierunku.

Okazało się, że nasz samochód faktycznie zabrano na indywidualny, jak się śmieliśmy, parking. Mandat za parkowanie w niedozwolonym miejscu kosztował 150 kun. Holowanie – kun 500. O ile mandat nie budził w nas kontrowersji, o tyle holowanie i nie zostawienie żadnej informacji, połączone z niemożliwością dogadania się w języku innym niż chorwacki uznajemy za lekkie przegięcie. Cholernie stresująca jest ta murteriańska kreatywna przedsiębiorczość, choć później doczytałam, że ten sposób zarabiania na turystach jest stosowany także w innych częściach kraju.

Pikanterii całej sytuacji dodaje fakt, że w ciągu godziny, kiedy to stałam przed Tommym z córką, wyjadając lody, na tym samym miejscu, czyli oznaczonym znakiem X, parkowały inne auta – z chorwackimi rejestracjami. Żadnego nie odholowano, nikt nie dostał mandatu. Nie do wiary! To im wolno? Kiedy zaś byliśmy na zakupach kilka dni później, zobaczyliśmy chorwackich laweciarzy w akcji. Tym razem dopadli Szwajcara. Reakcja na złamanie przepisu była błyskawiczna (oni gdzieś stoją, obserwują i czekają?! To nie może być przypadek!). Ładowanie samochodu na lawetę trwało zaledwie kilka minut.

Tak sobie myślę

Murter z pewnością zapamiętam na zawsze – ale wcale nie tak źle, jak się obawiałam. Kiedy tam byłam, nie czułam się dobrze, ponieważ ciągle coś było nie tak. Ale to robili ludzie, których teraz koło mnie nie ma. Dlatego dziś, kiedy te wrażenia opadają, a wspomnienia się klarują, zapominam o tym, co nieprzyjemne i stwierdzam, że było naprawdę fajnie i pięknie. Bo Murter to nie tylko smutni i nieprzyjaźni ludzie, budynki wyglądające jak wspomnienie pracowniczych wczasów z NRD, ale także cudowne widoki, lazur i bezkres, boskie wody Slanicy, piękne zachody słońca, no i kilka obłędnych „starówkowych” uliczek, z czego jedna… Idę o zakład, że odnajdziecie ją na zdjęciach.

Patrzę na zdjęcia, które zrobiłam i wiem, że miejscowość Murter zapamiętam dokładnie tak:

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Strona WWW

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.