„Ania, nie Anna” – recenzja serialu Netflix

Na bank znacie tę historię: rezolutna, rudowłosa sierotka o bogatej wyobraźni trafia na Zielone Wzgórze, pod opiekę starej panny i jej małomównego brata, Maryli i Matthew Cuthbertów. Dziewczynka pomimo przeciwności losu walczy o miłość i swoje miejsce w świecie.

Tak w kilku słowach można streścić „Anię z Zielonego Wzgórza” – powieść, którą zna lub słyszał o niej każdy. Dla wielu wręcz to ukochana lektura młodości. Ci, zakochani bez pamięci tak w fabule, jak i jej atmosferze oraz wspomnieniom im towarzyszącym (jak ja), nieustannie do niej wracają, a i oglądają wszelkie próby przeniesienia książki na ekran. I tu moja uwaga: jeśli chcecie obejrzeć serial Netflix po to, by przeżyć sentymentalny powrót do lat dzieciństwa, bardzo się zdziwicie.

Serial „Ania, nie Anna”, nakręcony przez Netflix, jest zaledwie oparty na cyklu książkowym L. M. Montgomery o Ani z Zielonego Wzgórza. Owa 7-odcinkowa produkcja zdecydowanie jednak nie jest wierną kopią powieści. Bliższe prawdzie byłoby stwierdzenie, że to wariacja na jej temat. Ta wersja historii Ani Shirley to nie urocza, nostalgiczna opowieść, a dość… no mroczna historia. Ktoś w komentarzu do recenzji tej wersji powiedział: ”Co oni jej [Ani] zrobili?” i miał sporo racji. Nijak nie jest to ckliwa historia dla romantycznych panien.

Serial Netflixa idealnie wpasował się w dzisiejsze czasy, odświeżając klasyczną historię o dziewczynce, która nie boi się mieć własnego zdania.

Ale to nie znaczy, że ten serial jest zły! Po prostu inny niż można by się było spodziewać. Sporo w nim zmian, także fabularnych (zaskok na zaskoku), dzięki czemu czuć świeżość, dynamikę i wigor, a i rys współczesności – tak jeśli chodzi o język, tematy rozmów, reakcje czy problematykę.

Wiele jest też traumatycznych i mocnych wstawek – wspomnień Ani, które sprawiają, że wieje grozą i nie jest miło. Szokujące były zarówno wizualizacje, jak i stany emocjonalne, w jakie dziewczynka czasem popadała (ta pustka szaleństwa w oczach!). Raz czy dwa wydawało mi się, że nie obejdzie się bez natychmiastowej pomocy medycznej. Niemniej serial, jako całość, zdecydowanie nie stracił na uroku – wciąż ma sentymentalny wdzięk i charakter pierwowzoru.

Zmiany nie ominęły aktorów. Muszę powiedzieć, że ci są genialnie dobrani i ucharakteryzowani. Maryla, Diana, Mateusz – dokładnie tak ich sobie wyobrażałam! Sama Ania w mojej głowie była mniej wyrazista, zdecydowanie bardziej zwyczajna i pospolita. Od teraz jednak będzie miała twarz Amybeth McNulty. Ona naprawdę urodziła się po to, by zagrać tę rolę.

Ale nie tylko w kwestii wyglądu „moja” Ania była inna – ta, którą poznałam na Netflix była szalenie ekscentryczna, rozchwiana, niekiedy zachowywała się jak wariatka. Bywało, ze biła od niej agresja, wściekłość, przesadna pewność siebie – odnoszę wrażenie, że zostały tu przekroczone jakieś granice, a osobowość Ani ostro przerysowano, dlatego główna bohaterka wydała mi się mniej sympatyczna i mało „przysiadalna”. Nie bardzo ją polubiłam i „czułam”.

Ale tam w ogóle sporo było grubych krech i nowych akcentów – np. Maryla była serdeczna i ciepła, zbyt „ludzka” w porównaniu z oryginałem, Małgorzatę dało się lubić (i to bardzo), zaś Diana i Gilbert w swej dojrzałości i empatii aż zawstydzali, bo to chodzące wzory cnót. Z kolei środowisko – tak szkolne, jak i sąsiedzkie – było strasznie zjadliwe i wrogie. To aż bolało i w sumie tworzyło dość nieprzyjemne wrażenie dysonansu. Zupełnie jakby istniały dwa obozy: Ania i przyjaciele kontra świat. Chyba było zbyt czarno-biało jak dla mnie (pomyślałam jednak, że może w ten sposób serial stanie się bardziej czytelny dla współczesnej młodzieży – może to jest ten klucz).

Wielki plus za piękne zdjęcia, nastrojowe światło i nostalgiczne plenery. I za piękne buzie – przesłodką Ruby i niezwykle uczuciową twarz Gilberta (wątek Ania i Gilbert za mało podkręcony!). Przyznaję, że z niecierpliwością czekam na kolejny sezon.

update

Już 6 lipca na Netflix pojawi się drugi sezon serialu, wyprodukowany przez Mirandę de Pencier (Northwood Entertainment). Czeka nas 10 godzin szczęścia (jakie piękne są te zdjęcia z zapowiedzi!).

Kolejny sezon adaptacji ponadczasowej powieści „Ania z Zielonego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery będzie dalej wytyczał nowe szlaki i z udziałem nowych bohaterów i wątków poruszy kwestie tożsamości, feminizmu, konfliktów, uprzedzeń i równouprawnienia kobiet. Wszystko to z perspektywy żywiołowej, chodzącej z głową w chmurach 14-letniej bohaterki.

– Gdyby to była po prostu kolejna adaptacja, to po co w ogóle zawracać sobie głowę? Nasza wersja jest bardziej pikantna. Często słyszę, że ludzie początkowo byli zszokowani naszą Anią. Głównie tym, że jej historia tak bardzo różni się od książki, że nie wiedzieli, czego mają się spodziewać. Byli zaskakiwani, co bardzo im się podobało – mówiła Amybeth McNulty (w rozmowie z Mają Staniszewską, źródło).

Monika Zalewska-Biełło

Zdjęcia: materiały prasowe

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Strona WWW

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.