„Dziedzice Ziemi” Ildefonso Falcones – 2. część książki „Katedra w Barcelonie”. Co za rozmach! To trzeba przeczytać

Z „Dziedzicami Ziemi” Ildefonso Falconesa spędziłam końcówkę starego roku i początek nowego, z Sylwestrem włącznie. Trudno się dziwić – książka jest ze wszech miar ciężka – zarówno jeśli chodzi o objętość (880 stron w twardej oprawie), jak i materię. Co za emocje!

Uwielbiam opasłe tomiszcza, ale tym razem dopadały mnie myśli, że tego nigdy nie skończę czytać. Choć nie przepadam za książkami historycznymi, tę chłonęłam z wypiekami, a momentami ściśniętym żołądkiem i gardłem w komplecie. Ta książka jest niesamowita.

Żeby być w temacie, najpierw – po latach – przypomniałam sobie „Katedrę w Barcelonie”, czyli pierwszą część opowieści. Tak na marginesie – jest niesamowita nie mniej niż kontynuacja, a choć czytałam ją wieki temu, wiele scen z niej pochodzących mam w pamięci do dziś.

Wracając do „Dziedziców Ziemi” – Falcones po raz kolejny się spisał. Zupełnie nie dziwią słowa uznania i zachwyt – tak nad autorem, jak i nad jego najświeższym dziełem. Włożył w nią ogrom pracy, ale i serca. Historia, w którą nas uwikłał, jest nieprawdopodobnie żywa i opowiedziana z takim rozmachem i entuzjazmem, że czapki z głów.

Dawno nie czytałam książki, która budziłaby we mnie – permanentnie i niemal bez wytchnienia – tyle emocji. Zdarzało mi się, że ją odkładałam, bo jakiś fragment za mocno podniósł mi ciśnienie i sponiewierał. Ale umówmy się: to, co działo się w XIV- i XV-wiecznej Barcelonie, z perspektywy człowieka XXI wieku, nadwrażliwca, niepokornej buntowniczki, w swej niedorzeczności, brutalności, niesprawiedliwości i okrucieństwie jest nie do ogarnięcia. No nóż się w kieszeni otwiera. To było brutalne doświadczenie. Chociaż hm… Prawda jest taka, że dziś także mamy do czynienia z tymi samymi – tylko sprytnie zawoalowanymi – mechanizmami i schematami.

Ktoś może powiedzieć, że o co tyle hałasu – tak przecież było, po co ta histeria. No było, tylko chyba za głęboko weszłam w tę opowieść (ale czy nie na tym to polega?). Znam nieco historię, także kościoła, więc nie mogłam być zaskoczona. Jednak Falcones swoich bohaterów nie dość, że odmalował szalenie realistycznie (albo się ich kocha, albo nienawidzi), to i obdarował tak ciężkimi doświadczeniami, że nie sposób było tego nie odczuć.

Prawda historyczna, widziana i przeżywana z perspektywy powieści, nie książki popularnonaukowej, wydaje się bardziej dotkliwa, bo jest bliżej.

Podła sytuacja dzieci i kobiet, nędza zwyczajnych ludzi, niesprawiedliwość i zepsuta moralność niemal na każdej karcie podnosiły mi ciśnienie, a jej kontrast z bezdusznością możnych i duchownych, ociekająca krwią hipokryzja stawiały włosy na głowie. To zwyczajnie, tak po ludzku, wkurzało. I wkurza.

Na uznanie z pewnością zdecydowanie zasługuje tło historyczne (choć czasem mnogość detali, niuansów i koligacji mnie przygnębiała. Te fragmenty za bardzo przypominały mi sfabularyzowany, historyczny podręcznik akademicki – z niejednym, w przeszłości, zarywałam popołudnia i wieczory. Już tego nie lubię. Na szczęście można je omieść wzrokiem, bez uszczerbku dla fabuły. Wprawdzie jest to brak szacunku do czyjejś pracy, ale tym razem postanowiłam być dla siebie wyrozumiała.

Podobało mi się, że Falcones to nie tylko zmyślny konstruktor fabuły, człowiek o zacięciu historycznym, ale i bystry obserwator. Pięknie obnażał naszą naturę – powiem Wam, że jako gatunek po raz kolejny wypadliśmy fatalnie  Dodatkowo nie narzucał czytelnikowi swojej optyki, refleksji i przemyśleń – one narzucały się same. Piękne (choć nie z moralnego punktu widzenia) jest to, co można wyczytać pomiędzy wierszami. Nie mniej rażą te myśli, które zostają w głowie po przeczytaniu „Dziedziców Ziemi”.

Pięknie zostały ukazane głęboko skrywane prawdy – zależności religijne. Zależność odwrotnie proporcjonalna – im więcej Boga na ustach, tym mniej go w sercu i zależność wprost proporcjonalna: im wyżej w hierarchii duchownej, tym często bardziej sprzedajnie i niżej moralnie. Choć wiadomo – reguły lubią wyjątki.

Dużo by pisać – niestety porządna recenzja „Dziedziców Ziemi” zająć by mogła naprawdę wiele stron. Tylko po co je czytać, skoro wiadomo jedno –  zdecydowanie warto i trzeba przeczytać tę książkę. Dla mnie to jeden z „tytułów życia”. To magiczna lektura, wielka literatura (także w sensie dosłownym) i pozycja obowiązkowa dla każdego wielbiciela epickich opowieści, napisanych z sercem, pasją i rozmachem, pięknym językiem i z niezwykłą wrażliwością (choć sama książka jest momentami tak okrutna, że aż zacina). Czytelnicze must have!

ps – tak, już wiem, że muszę sięgnąć po serię Kingsbridge Kena Folletta („Filary Ziemi”, „Świat bez końca”, „Słup ognia”).

Monika Zalewska-Biełło

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Strona WWW

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.