„Grace i Grace” – doskonały serial z podłym zakończeniem. Uwaga – na końcu spojler

„Alias Grace”, czyli „Grace i Grace” to składający się z 6 odcinków miniserial Netflix, będący ekranizacją powieści Margaret Atwood. To zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami historia Grace Marks, biednej irlandzkiej imigrantki, służącej w posiadłości w Północnej Kanadzie, która stała się najbardziej tajemniczą i fascynującą kobietą w Kanadzie lat 40. XIX wieku. Dlaczego? Ponieważ wraz ze stajennym, Jamesem McDermottem, została oskarżona i skazana na dożywocie za morderstwo swojego pracodawcy i jego gospodyni. Czy była winna?

„Grace i Grace” to doskonały serial z podłym zakończeniem, kolejna mocna ekranizacja, które pokazuje piekło kobiet XIX wieku. Historia wciąga od początku (choć jest bardzo statyczna). Choć nie planowałam spędzenia z serialem popołudnia i wieczoru, tak się stało. Po pierwszym odcinku nie mogłam się oderwać i obejrzałam całość strumieniem.

Życiorys Grace, choć brutalny, jest typowy dla źle urodzonej dziewczyny w XIX wieku. Emigracja, ojciec alkoholik, śmierć matki, bieda, opieka nad młodszym rodzeństwem i użeranie się z mężczyznami – od ojca, który w swojej córce widział nie tylko worek treningowy, ale i ponętną kobietę, po późniejszych chlebodawców, dla których dziewczyna miała status pięknego przedmiotu i łatwej zdobyczy. Życie Grace to lawina nieszczęść, dlatego podróż po wspomnieniach bohaterki była dotkliwa.

Pomyślałam sobie, że być kobietą w XIX wieku to nie było specjalnie fajne, ale być dziewiętnastowieczną kobietą źle urodzoną – to był prawdziwy dramat. Kim były te dziewczyny? Miały status użytecznych przedmiotów, a celem ich życia było usługiwanie mężczyznom. Dlatego widziano w nich jedynie pomywaczki, pokojówki, czyścicielki nocników, popychadła, worki na nasienie – jak bardzo brutalnych i obskurnych słów byśmy nie użyli, wszystkie będą prawdziwe i zasadne.

Realia XIX wieku w serialu zarysowano niesamowicie wiarygodnie – są porażające i przerażające.

Wykorzystywane przez wszystkich, mniej lub bardziej pokornie zakładały narzucone im społeczne maski i zamrażały serca (Czy w ogóle można jeszcze umieć czuć, po tych wszystkich przejściach, śmierciach, rozłąkach? A może trzeba część siebie wyprzeć, zredukować się emocjonalnie do przedmiotu, bo jak nie, czeka opcja druga – choroba psychiczna?) lawirowały przez życie, a zasadzki i nieszczęścia czyhały na nie wszędzie, na każdym zakręcie, o każdej porze dnia i nocy, nawet w drodze do wygódki. I bardzo to w tym serialu było czuć.

Sam serial, choć dynamiką nie porażał, nie pozwalał się od siebie oderwać. Fabuła była prowadzona dwutorowo. Teraźniejszość i retrospekcja mieszały się, a punktem wyjścia było spotkanie Grace (Sarah Gadon) z doktorem Simonem Jordanem (Edward Holcroft), który chcąc poznać jej historię, wpadł w sidła słów, emocji i uczuć. Trudno się dziwić, bo Grace to postać niezwykła. Anielska uroda, przenikliwe spojrzenie i dystyngowany wręcz chłód (no a scena podczas hipnozy – czapki z głów!). I ta jej aura! Spokój, opanowanie… No nie mogła nie wydawać się intrygująca (we mnie jej spokój wywoływał niepokój i ciarki).

Kim jest Grace Marks? Ofiarą losu? Kozłem ofiarnym? Schizofreniczką? A może jednak bezwzględną morderczynią?

Sama historia jest nie mniej tajemnicza i mroczna niż jej bohaterka. Jest utkana z faktów, wątpliwości i niedopowiedzeń. Wszystko, co wiemy, wiemy od Grace – a to bywa wielokrotnie zniekształcane przez intencje, interpretacje i wyobrażenia, a i ubogacone o liczne zaniki pamięci. To skomplikowane, dlatego prawda zmieniała swoje odcienie w zależności od tego, komu była wyjawiana. Ale czy to w ogóle ma znaczenie?

Serial „Grace i Grace” jest genialny i absolutnie boski. Ma niesamowity klimat, piękne światło, no i ta genialna gra aktorska (jestem urzeczona postaciami Mary – Rebecca Liddiard i Nancy – Anna Paquin). Choć za obrazem stoją kobiety: Sarah Polley (pomysłodawczyni, producentka i scenarzystka) oraz Mary Harron (reżyserka), dużo w nim było grubych krech i brutalności. Ten realizm, mocne i odważne akcenty, dużo emocjonalnego chłodu, błota i brudu, były bardzo wymowne i cholernie niewygodne.

Uwaga spojler

I tak dochodzimy do finału, który jest podły, bo nieoczywisty. Nie lubię otwartych zakończeń. Tu jednak finał – o ile nie zaspokaja ciekawości i niczego nie rozstrzyga – nawet się sprawdza i pasuje. Daje bowiem możliwość uknucia w głowie kilku satysfakcjonujących rozwiązań. Czy Grace zabiła? Własnych teorii i rozwiązań zagadki może być kilka – i każda wydaje się prawdziwa. Ja skłaniam się ku osobowości mnogiej – zaburzeniom psychicznym, które zapoczątkowała śmierć Mary. Oczywiście Grace może być też morderczynią – złem wcielonym, piekielnie inteligentną dziewczyną i zręczną manipulatorką. A może jednak ofiarą losu? Ci, którym w głowach będzie się niespokojnie kłębiło, niech zerkną w dyskusję na filmweb. Powinno pomóc.

Monika Zalewska-Biełło

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Strona WWW