„Gran Hotel” – czarująca, choć nieco naiwna telenowela kryminalna

Trochę wstyd mi się do tego przyznać, ale cóż. Zupełnie nie wiem, jak to się stało, ale wciągnęłam się w… hiszpańską telenowelę. I to kry-mi-nal-ną! Zaczęło się niewinnie. Ponieważ bardzo lubię atmosferę przełomu wieków, a szczególnie początku wieku XX, a po obejrzeniu „Grace i Grace” miałam ochotę na kontynuację klimatu, sięgnęłam po „Gran Hotel” – tak zasugerował mi Netflix. Rodzinne tajemnice, intrygi, walka o władzę, morderstwa, zemsta, wielkie namiętności. Miało być kryminalnie i dramatycznie. A jak jest?

Jest 1905 rok. Julio przybywa do Gran Hotel, położonego na obrzeżach miasta Cantaloa. Mężczyzna zatrudnia się jako kelner, aby odkryć tajemnicę zniknięcia swojej siostry. Poznaje córkę właścicieli hotelu, Alicię Alarcón, która postanawia pomóc mu w odkryciu prawdy. Bohaterowie, odkrywając sekrety i kłamstwa Gran Hotelu, zbliżają się do siebie i zakochują trudną do zaakceptowania – ze względu na różnice klasowe – miłością.

Założyłam, że „Gran Hotel” to 14 odcinków (jak bardzo można rozciągać intrygę kryminalną?!). Nie wzięłam pod uwagę, że liczba ta dotyczy wyłącznie pierwszej serii. Kiedy zorientowałam się, że to jak nic telenowela – rozpisana na 3 sezony, czyli w sumie 66 odcinków – było już za późno. Bo… spodobało mi się.

Na Netflix sezon 1. – 14 odcinków, sezon 2. – 28 odcinków, sezon 3.- 24 odcinki, każdy po mniej więcej 45 minut.

Mocną stroną serialu są kostiumy (suknie, bluzki, spódnice – piękna jest ta moda!), charakteryzacja (te fryzury Alicii!) i scenografia. Respekt i zachwyt budzą zarówno wnętrza (serial kręcono w Pałacu Magdaleny w Santander oraz w Patones de Arriba w Hiszpanii, choć trzeba przyznać, że nawet posterunek policji w miasteczku wydaje się niesamowity), jak i plenery (wybrzeże, miasteczka, wioski, plaże, klify), no i aktorzy.

Bardzo lubię patrzeć na zjawiskową Alicię Alarcón (Amaia Salamanca), wielkookiego Andresa (Llorenç González) i wyrazistoustego Julio (Yon González), niesamowitą Belen (Marta Larralde), posągową Ángelę (Concha Velasco), zmysłową Cristinę (Paula Prendes) oraz ostrą jak brzytwa Teresę (Adriana Ozores), nieprzeniknioną Sofiję (Luz Valdenebro). Ich kreacje i gra aktorska naprawdę robią na mnie wielkie wrażenie.

Jednak wisienką na torcie i wielkim smaczkiem filmu jest dla mnie sam język hiszpański. Myślę, że aktorzy mogliby w kółko wypowiadać te same kwestie, a ja słuchałabym ich urzeczona, patrzyłabym rozanielona i spijałabym im słowa z dzióbków. Tak, bardzo lubię ten język, fascynuje mnie wymowa – ten sposób układania ust, bełkotanie, seplenienie, fąfolenie, no i to dziwne – ni to t, ni to f, ni to es. Dla mnie uczta!

Ale to nie wszystko. Serial to cudowne kadry, boskie światło i genialny klimat – sentymentalny, nastrojowy, retro. Jeśli chodzi o estetykę i wrażenia, jest po prostu wyborny. Boski! Przeszło mi przez myśl, że przypomina mi ekranizacje kryminałów Agaty Christie, choć tamte mają nieco bardziej skondensowaną i powściągliwą formę. No i El Detective Ayala! Dla mnie to wariacja na temat Poirota (no i w serialu na moment pojawia się pewna Agatha, panienka o zacięciu detektywistyczno-literackim).

Inna sprawa to fabuła. Ta… no nieco się ciągnie, zaś jeśli chodzi o jej specyfikę… No jest specyficzna. Coś w niej jest, to na pewno (fajnie to wszystko ktoś sobie uknuł), ale momentami bywa nieznośna: naciągana i naiwna, banalna i wymuszona, sporo w niej nadurzyć i zbiegów okoliczności, a także awangardowych, mało prawdopodobnych rozwiązań (choć nie brak też mocnych cięć i bezkompromisowości) – nawet jeśli weźmiemy poprawkę na to, że wydarzenia miały miejsce ponad 100 lat temu.

Trzeba podkreślić, że serial nie jest kalką rzeczywistości – czuć ducha epoki, nakreślono charakterystykę czasów (podziały klasowe, przedmiotowe traktowanie kobiet, relacja mąż-żona, niegodziwe traktowanie służby i wiele innych kwestii), ale mimo wszystko obraz ten jest dość uwspółcześniony.

Tak na marginesie to niesamowita jest również mentalność i ognisty temperament Hiszpanów. Jak oni w tym hotelu często się policzkują! Z jaką pasją i oddaniem to robią! Strzały są nie tylko mocne i siarczyste, ale zazwyczaj towarzyszy im taki zamach i impet, że agresor chwieje się, a i często kończy akt przemocy w wykroku. Z podobnym „wdziękiem” bije się w karczmie Julio. Rozbawia mnie to do łez. Ale nie tylko to. Często nie umiem wczuć się w zamysł i wpisać się w konwencję i tam, gdzie ma być dramatycznie, namiętnie czy romantycznie, mnie ogarnia śmiech. Brakuje mi też czasem cierpliwości (intryga goni intrygę, kłamstwo rodzi kłamstwo, a niefortunne zdarzenia idą falami). W sumie, jeśli by podejść serio, to inteligencja wymagającego widza, spodziewającego się krwistego kryminału na poważnie, mogłaby się poczuć obrażona. Tylko czy zawsze musi być tak okropnie rzeczowo i poważnie? Jak się okazuje – nie.

I tak to jestem w połowie 2. sezonu. Czy wytrwam do serialowego finału? Pewnie tak, choć nie wiem, jaka pora roku mnie przy tym zastanie. Ale jest fajnie. Przywiązałam się do „Gran Hotelu”, lubię tam wracać – dla wytchnienia – co wieczór. To już taka mała tradycja. Czuję się, jakbym sprawdzała, co słychać u starych znajomych. Lubię też obserwować, jak ewoluują lub nie, a i jak zmienia się moje nastawienie do nich. Bywa bowiem, że postaci, które początkowo budziły we mnie niechęć, z czasem zaczęłam rozumieć i lubić. To ciekawe doświadczenie.

Podsumowując: „Gran Hotel” jest fajnym, czarujacym i bardzo udanym serialem, ale nie dla wymagających i niecierpliwych, wymaga bowiem dystansu i wyrozumiałości, wytrwałości i czasu. No chyba, że ktoś lubi namiętne romanse, filmy na metry albo ma za sobą doświadczenie z tasiemcami o tureckim czy brazylijskim rodowodzie – wówczas na bank będzie zachwycony. Tak czy inaczej warto zrobić do niego podejście i choć na chwilę zameldować się w „Gran Hotelu”.

Update

Wiosna nie minęła, a ja skończyłam oglądać „Gran Hotel”. I powiem tak – o jak mi szkoda. Już tęsknię! Kiedy wrzuciłam na luz – ułożyłam się z konwencją, przestałam się spieszyć (jak to z kryminałami miewam) i dałam się ponieść fabule i klimatowi, było czarująco. Nie chciało mi się wymeldowywać. Wprawdzie do końca nie wyzbyłam się nastroju komediowego w momentach ekstremalnych i cokolwiek nieodpowiednich (kiedy Julio biegł ku Alicii, kolanami rozbijając fale i wyciągając ręce ku morzu, on ronił łzy rozpaczy, ja – śmiechu), no i czasem stwierdzałam, że no nie, to niemożliwe (za dużo cudów na metr kwadratowy), ale i tak było cudnie. Tak czy inaczej serial jest bardzo apetyczny. Polecam go wszystkim dobrze nastrojonym długodystansowcom.

Monika Zalewska-Biełło

zdjęcia: materiały prasowe

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Strona WWW

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.