„Kler” – recenzja filmu, który z przygnębienia wciska w ziemię

Wydawało mi się, że „Kler” Wojciecha Smarzowskiego widzieli wszyscy. Myliłam się. Wczoraj, podczas seansu, wielka sala kinowa była wypełniona po brzegi. Podczas projekcji 420 osób nie wydawało żadnych dźwięków. Nie szeleściły papiery, nikt nie rozmawiał, a jeśli ktoś jadł popcorn, robił to bezgłośnie. Po zakończeniu filmu także panowała cisza. Nikt nie przeciskał się do wyjścia. To było niezwykłe, może nawet patetyczne wrażenie. Ktoś skomentował, że „cisza tu jak w kościele”. Ale nikt się wtedy nie roześmiał, a jedynie pokiwał głową ze zrozumieniem. Może nic nie mówiliśmy przez ściśnięte gardła? Bo „Kler”, zło świata w pigułce, naprawdę robi mocne wrażenie. Ciężko się z niego otrząsnąć. Bo śmiesznie jest tylko na początku.

Przed kilkoma laty tragiczne wydarzenia połączyły losy trzech księży katolickich. Teraz, w każdą rocznicę katastrofy, z której cudem uszli z życiem, duchowni spotykają się, by uczcić fakt swojego ocalenia. Na co dzień układa im się bardzo różnie. Lisowski (Jacek Braciak) jest pracownikiem kurii w wielkim mieście i robi karierę, marząc o Watykanie. Problem w tym, że na jego drodze staje arcybiskup Mordowicz (Janusz Gajos), pławiący się w luksusach dostojnik kościelny, używający politycznych wpływów przy budowie największego sanktuarium w Polsce. Drugi z księży – Trybus (Robert Więckiewicz) w odróżnieniu od Lisowskiego jest wiejskim proboszczem. Sprawując posługę w miejscu pełnym ubóstwa, coraz częściej ulega ludzkim słabościom. Niezbyt dobrze wiedzie się też Kukule (Arkadiusz Jakubik), który – pomimo swojej żarliwej wiary – właściwie z dnia na dzień traci zaufanie parafian. Wkrótce historie trójki duchownych połączą się po raz kolejny, a wydarzenia, które będą mieć miejsce, nie pozostaną bez wpływu na życie każdego z nich.

„Kler” Wojciecha Smarzowskiego budzi ogromne emocje i trudno się dziwić. To film dojmujący, wstrząsający, przejmujący, smutny. Jest skondensowaną wizją zła. Pokazuje maluczkość duchownych, a także hipokryzję, zakłamanie, zgniliznę moralną, brak serca wewnątrz korporacji kościelnej.

Wiele już o tym filmie powiedziano. Może nawet wszystko. Komentarze śledzę od kilku tygodni, ponieważ tak Kościół katolicki (jaki instytucja), jak i sam film, szalenie mnie interesują. Niektóre recenzje zachwycają tym, że trafiają w samo sedno. Mogłabym się by pod nimi podpisać, bo sądzę i czuję dokładnie to samo:

„Kler” to nie jest film o wierze, o religii czy uczuciach religijnych. „Kler” nie jest nawet filmem o Kościele rozumianym jako wspólnota wiernych. „Kler” jest filmem o hipokryzji w polskim Kościele. O zgodzie na zakłamanie. O prymacie interesu instytucji – rozumianej jako grupa wpływu – nad porządkiem moralnym. O pogaństwie polskiego Kościoła. W swojej najgłębszej warstwie „Kler” jest zatem filmem głęboko chrześcijańskim. Misyjnym wręcz. Piętnującym tych, którzy „uczynili ze świątyni jaskinię zbójców”, wszelako nie samą świątynię”. Andrzej Saramonowicz

Film jest wstrząsający w wielu aspektach, warstwach i płaszczyznach. Co mnie najbardziej poruszyło? Straszne były sceny przemocy wobec dzieci. Nie byłam na to przygotowana. Szokował obraz nędzy, w jakich muszą żyć, a i reakcje rodziców, np. na złe słowo dziecka pod adresem księdza dobrodzieja.

„Nauczycielowi, który dopuści się czynu pedofilnego, grozi więzienie i dożywotni zakaz wykonywania zawodu. A księdzu? Ofiary wobec Kościoła są bezbronne. Problem z pedofilią w Kościele polega przede wszystkim na jej tuszowaniu. O tym naturalnie nie dowiemy się ze statystyk, a ze świadectw ofiar. Podejrzani księża przenoszeni są z parafii do parafii, a ofiary w procesie kanonicznym proszone są o „wybaczenie” oprawcy”. Anton Ambroziak. I to w „Klerze” pokazano wyjątkowo dobitnie.

„Na Boga! Co wy robicie!”

Dobijały dowody na to, jak łatwo dajemy się omamić i kupić, ale i jak proste jest ocenianie innych na podstawie przypuszczeń, nie faktów. Jak szybko można się pogubić i stracić twarz, podążając za stadem. Jak często za bezdusznym oprawcą stoi jego własna krzywda.

Było wiele scen i momentów, które zapadły mi w pamięć. Ten, kiedy dorosła ofiara pedofilii mierzy się z siedmioma napuszonymi duchownymi, a także manipulacją oraz praniem mózgu na poziomie master. Nagrywanie telefonem filmiku, kiedy rozgrywa się ludzki dramat. Matka, przyglądająca się razom, które pasem, niewinnemu dziecku, wymierza świętojebliwy ojciec. Mały chłopiec o poranku, w łóżku księdza – w białej pościeli, w otoczeniu słów „Będziesz się smażył w piekle, jak powiesz. Przysięgnij na życie ojca i matki, że będziesz milczał”. Wielkie oczy dziecka, które doświadczyło złą w czystej postaci. Zapłakana wdowa, która musi nie tylko pochować jedynego żywiciela rodziny, ale i zapłacić za pogrzeb małą fortunę.

„Nie zajmujemy się w tym filmie krytyką wiary, tylko krytyką konkretnych zdarzeń. Chcielibyśmy, żeby ten film skłonił do refleksji i spowodował merytoryczną dyskusję”. Robert Więckiewicz, filmowy ksiądz Trybus.

Co jeszcze? Z mniejszego kalibru to scena, kiedy księża cieszą się po wygranej batalii medialnej. Ich czysta radość, wzrok wyrażający pragnienie pochwały, uznania i aprobaty, zaraźliwy entuzjazm sprawiał, że przywodzili mi na myśl kilkunastoletnich harcerzy, którym udało się rozpalić ognisko jedną zapałką, choć jednak nie. Bardziej przypominali mi pracowników korporacji podczas poniedziałkowego spotkania zagrzewającego do walki o wykonanie planu. Zachowywali się, jakby nie chodziło o człowieka i jego życie, a o wynik, oczko w rankingu, miejsce w tabeli, sukces firmy. To było nie tylko niestosowne czy niechrześcijańskie. To było nieludzkie.

Na wielkie brawa zasługuje wspaniała gra aktorska, którą można było docenić także poprzez bliskie, intymne kadry. Wrażenie stania aktorem twarzą w twarz bądź wędrowania po planie, siedząc wręcz na jego plecach, w kinie, na dużym ekranie, jeszcze się potęgowało. Zachwycali nie tylko pierwszoplanowi aktorzy (czapki z głów!), ale i pozostali. Obawiam się, że nigdy nie zapomnę twarzy chłopca, odpowiedzialnego za porządek na sali, który pojawił się we wspomnieniu z bidula. Boję się, że już nigdy, kiedy pomyślę „siostra zakonna”, nie zobaczę dobrodusznej starszej pani bądź rozanielonej młódki, a wykrzywione frustracją i nienawiścią do wszystkich i wszystkiego suche oblicze zakonnicy z domu dziecka, która niebezpiecznie przypomina mi koszmar z dzieciństwa, siostrę Zofię, nauczycielkę religii w podstawówce.

Ten film powinien obejrzeć absolutnie każdy.

Dla wrażliwego widza „Kler” będzie brutalnym przeżyciem. Są w nim bowiem takie kadry, że chce się pocieszyć siebie samego, mówiąc jak do dziecka: „Spokojnie, przecież to tylko film, nie fakty”. Ale przecież tak nie jest. Bo to się naprawdę stało i dzieje. Choć nie twierdzę, że wszyscy duchowni są źli, a każdy ksiądz to sprzedawczyk i pedofil, to wiem, że pycha, absurd i zło w czystej postaci korodują i trawią kościelną machinę na wszystkich szczeblach jej hierarchii – od księdza Kowalskiego z Kardybałdy Małej po ekscelencję najprzewielebniejszego i najdostojniejszego księdza dyrektora z Torunia.

Wiem jedno – żeby przywrócić Bogu należne mu miejsce, by zwrócić sobie godność, a Kościół przemianować z bezdusznej instytucji na wspólnotę wiernych, musi się dużo zadziać. Przede wszystkim powinniśmy zacząć myśleć i czuć. Wyzwolić się. Przejrzeć na oczy, odrzucić agresję, także przeciwko krytyce. Szukać Boga w miłości do bliźnich, a nie w dawaniu drobnych na tacę, przyjmowaniu kolędy i chodzeniu do kościoła po to, by założyć niedzielną sukienkę, odfajkować obowiązek i się wyśpiewać. I „Kler” może w tym pomóc. Tak czuję.

„Kler” Smarzowskiego ma moc uwalniającą. Od hipokryzji, kłamstwa, zmowy milczenia. Ale zadziwiające w tym filmie jest to, że opowiada o uwikłaniu ludzi w zło ze zrozumieniem, można by rzec współczuciem, bo nawet najczarniejszy charakter jest pokazany także przez perspektywę jego traum z dzieciństwa, okaleczenia na całe życie. To zrozumienie ludzkiego upadku, uwikłania w zło ma tu zasadnicze znaczenie. „Kler” jest wyrozumiały wobec ludzi i bezlitosny wobec Systemu. W ujęciu Smarzowskiego to „zwykli ludzie w grzesznej strukturze” – to ona ich mieli na drobne, produkując potwory.

„Nie przepadam za kinem Smarzowskiego – kondensacji zła by pokazać go w jednym obrazie, tak syntetycznie że aż nie do oglądania, na pograniczu epatowania nim. Ale w tym przypadku to jest usprawiedliwione. Bo tylko taki zabieg jest w stanie przełamać narosły od wieków, a utrwalony od czasu upadku komunizmu fałsz i zakłamanie jaki wokół Kościoła utrzymuje się w Polsce. W tym sensie tylko takie kino ma moc sprawczą. I jak sądzę, „Kler” takim sprawczym momentem będzie, wyzwalając zdolność do nazywania rzeczy takimi jakie są.

To nie jest film antychrześcijański, to film o fałszywym bożku w chrześcijaństwie. Ci, którzy się na film oburzają są jego właśnie wyznawcami. Być może to najważniejszy w sensie społecznym film naszego polskiego trzydziestolecia”. Bartłomiej Sienkiewicz

„Kino może i typowo Smarzowskie, może i zwyczajowo czarnowidcze, ale nie nienawistne, nie zaślepione. Żeby było jasne: żaden ateista nie wyjdzie z seansu „Kleru” nawrócony. Ale nie spodziewałbym się też linczów i palenia kościołów. Smarzowski rozpoczyna film od stereotypu, by potem poskrobać głębiej. Przejaskrawienie służy zresztą reżyserowi zaledwie do wyostrzenia perspektywy. Kabaret potykających się o własne nogi zapijaczonych duchownych to tylko wstęp do typowo „Smarzowskiego” moralitetu.

(…) Oczywiście, „Kler” jest litanią kościelnych nadużyć. (…) Ale taka jest logika moralitetu: Mordowicz uosabia po prostu skrajność, jeden z końców moralnej skali. Dla tkwiących wewnątrz takiego układu współrzędnych księży reżyser ma więcej współczucia i zrozumienia.

Smarzowski pokazuje ludzi Kościoła uwięzionych na małomiasteczkowych plebaniach, wśród siermiężnych kuchenek gazowych i firanek albo w sieci wielkomiejskich układów władzy, między instytucjonalnym młotem a kowadłem. Ludzi mających przewodzić, ale często zagubionych, funkcjonujących siłą bezwładu, pozbawionych wsparcia.
(…) „Kler” nie pyta, skąd bierze się zło. Pokazuje tylko, jak kwitnie ono w atmosferze wszechobecnych układzików, tajemnic poliszynela i zmów – właśnie – milczenia. Czyli w atmosferze produkowanej przez kościelną machinę. Takiej, która łamie kręgosłupy idealistów, a nagradza tych, co płyną z nurtem. Ni mniej, ni więcej: oto kolejna opowieść o „domu złym”.

Tak, „Kler” to film jawnie krytyczny. Ale Smarzowski wychodzi z pozycji moralisty, a nie mąciwody. (…) „Kler” przekonuje raczej reżyserską konsekwencją niż aktami narracyjnej agresji. To film wyważony, skupiony, zręcznie balansujący między żartem, grozą a (nawet!) wzruszeniem, nie uciekający się do prostych odpowiedzi”. Jakub Popielecki

„Kler” to najbardziej kontrowersyjny film roku, doceniany przez krytyków, który stał się też fenomenem komercyjnym i hitem kasowym. Bije rekordy oglądalności.

W rolach głównych: Janusz Gajos, Robert Więckiewicz, Arkadiusz Jakubik, Jacek Braciak i Joanna Kulig.

„Uważam, że to najważniejszy polski film ostatniego trzydziestolecia. Idźcie do kina. Oglądajcie. Przeżywajcie go. Dyskutujcie o nim. I nie dajcie sobie wmawiać, że „Kler” usiłuje zniszczyć cokolwiek więcej niż kłamstwo, hipokryzję i podłość, które w polskim Kościele rozsiadły się wygodnie i udają cnoty”. Andrzej Saramonowicz

Monika Zalewska-Biełło

Zdjęcia: materiały prasowe

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Strona WWW

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.