Kim jest „Lissy” Luca D’Andrea? Oj można się zdziwić. Recenzja

Lissy” pióra Luca D’Andrea to gorąca premiera października, która zapadnie w pamięci czytelników nie tylko za sprawą smakowitej fabuły (świetna!), ale i nie mniej oryginalnej promocji tytułu (odlotowa!). Ale do rzeczy!

Marlene decyduje się odejść od męża, a uciekając zabiera coś bardzo wartościowego. Podczas ucieczki dochodzi do wypadku, a na ratunek przybywa Simon Keller – tajemniczy pustelnik mieszkający wysoko w górach. Powoli buduje się między nimi wieź. Czy mogą sobie zaufać?

Tymczasem Herr Wegener rozpoczyna poszukiwania żony. Jej zniknięcie uderzyło bowiem nie tylko w jego ego, ale i interesy potężnej organizacji przestępczej. Do poszukiwań zostaje zaangażowany Zaufany Człowiek, a to oznacza wyrok: Marlene musi zginąć.

„Lissy” to książka dobra i wciągająca. Momentalnie się w nią wchodzi i zaskakująco szybko czyta. Trudno się od tej historii oderwać, także myślami. To z pewnością zasługa samej intrygi – oryginalnej, zgrabnej i nieoczywistej, ale nie tylko.

Klarowna konstrukcja, przejrzyście prowadzona, nie komplikowana na siłę akcja oraz wielowarstwowa fabuła pozwalały nie tylko obserwować bieg wydarzeń, ale i dostrzec to, co być może w książce najważniejsze. W moim odczuciu bowiem ucieczka i pogoń za Marlene oraz aksamitnym woreczkiem, od otwarcia sejfu do samego finału, ma wymiar nie tylko sensacyjny. To także pretekst do rozważań natury egzystencjalnej oraz klamra, która spina wszystko to, co pomiędzy, w zgrabną całość. Dla mnie „Lissy” to nie tylko udany thriller, ale i powieść, w której pierwsze skrzypce gra ludzka psychika.

Luca D’Andrea wykreował niezwykłe widowisko, ale i intrygujących bohaterów. Marlene czy Simon, ale także jego ojciec, Wegener, Zaufany Człowiek czy zaledwie naszkicowany Carbone – wszyscy są tacy… prawdziwi, ze swoimi zaletami, ale i oceanem ułomności. Każdy ma coś za uszami, za każdym stoi jakaś historia i przeszłość, która ukształtowała teraźniejszość. Choć wszystkich naszkicowano zdecydowaną kreską, mało kto daje się zaszufladkować i przylepić sobie łatkę: „dobry”, „zły”.

Podobał mi się również efekt zabiegów, jakim autor poddał akcję. Po pierwsze – była nierówna. Momentami szemrała i wiła się niespiesznie niczym górki potok, by nagle niepokojąco przyspieszyć, spiętrzyć się i zejść z siłą wodospadu. Bardzo mi się to podobało, bo dawało wrażenie autentyczności. Ponieważ trudno o akcji powiedzieć więcej, nie wchodząc w szczegóły (a nigdy tego nie robię), wystarczy rzec, że naprawdę się dzieje.

Atrakcyjne w odbiorze było również to, że fabułę tworzy wiele perspektyw (także czasowych) oraz że rozpisano ją na kilku bohaterów i dwa odmienne, wręcz skrajne światy: świat wielkich pieniędzy, gigantycznych przekrętów, blichtru, perfidii i tortu Sachera dla wybrańców oraz góry – zawieszone pod niebem, zapomniane przez boga i ludzi, gdzie życie toczy się w swoim rytmie, bez zegarków, ogrzewania i elektryczności. Ich wspólnym mianownikiem jest człowiek. Okazuje się bowiem, że wszyscy, bez względu na okoliczności, przeżywamy te same bolączki, pokusy i pragnienia, uginamy się ciężarem traum i doświadczeń.

Zdecydowanie odnalazłam się w „Lissy”, jej stonowanej narracji bez fajerwerków oraz stylu Luca D’Andrea – niemal chłodnym i żołnierskim, a jednocześnie plastycznym i sugestywnym. Czytając ją, choć niemal do końca nie znałam odpowiedzi na wiele pytań, a sytuacja bohaterów nie była jasna, bez trudu wyczuwałam ich emocje i stany, a w głowie wizualizowały mi się różne obrazy. Pomyślałam, że ta książka jest fantastycznym materiałem na film, którego jednak – przyznaję – nie chciałabym obejrzeć. Za dużo bowiem w „Lissy” okrutnych, brutalnych epizodów i bezkompromisowych rozwiązań, co na ekranie – który rzadko pozostawia miejsce dla wyobraźni – mogłoby być nieprzyjemne i dotkliwe. Niemniej mam przeczucie, że ekranizacja spodobałaby się tym widzom, którzy nie boją się krwi i przemocy, lubią zaś mocne wrażenia, napięcie oraz zaskakujące zwroty akcji.

Tym jednak, co w książce mnie najbardziej ujęło, był klimat – mroczny, neurotyczny i klaustrofobiczny. Czytając „Lissy” szybko poddałam się wrażeniu bycia zagubioną i samotną na końcu świata, uwikłaną w grę, której reguły są tak przewidywalne, jak umysł szaleńca. Nie mniej dojmujące były myśli, które zostały ze mną po odłożeniu jej na półkę. Świat nagle, przez dłuższą chwilę, wydał mi się cholernie smutny i czarno-biały. Nic dziwnego. ”Lissy” dość brutalnie uświadamia, jak bardzo jesteśmy pokręceni i ułomni, a i udowadnia, że by coś w życiu zmienić, nie wystarczy „pierwszy krok”. Pokazuje, że istnieją – zarówno w nas, jak i w życiowych okolicznościach – pewne determinanty i ograniczenia: głosy w głowie, bolesne dziedzictwa, traumy z przeszłości, sploty niefortunnych przypadków, kiepskie wybory, a także zło w czystej postaci, które przyjmuje różne oblicza. Udowadnia, że chcieć to nie zawsze znaczy móc.

Monika Zalewska-Biełło

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Strona WWW

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.