„Listy do M. 3” – recenzja filmu

Bardzo lubię filmy, które uznawane są za trudne i nudne, ale nie stronię od komercji. Jeśli zaś chodzi o „Listy do M.”, to nie wiem, jaką sieczkę trzeba by z tego filmu zrobić, żeby mi się nie spodobał. Ja po prostu szalenie tę małą serię lubię – za oprawę, konwencję, żart (tak błyskotliwy, jak i niekoniecznie), za światło, klimat, piękne wnętrza. Owszem, jest to świat wyidealizowany, polukrowany grubą warstwą i wypindrzony, ale wokół jest tak dużo prozy i szarzyzny, że czasem lubię iść do kina na taką oto rzecz – popatrzeć na świat w tefałenowskim stylu..

Tym razem „Listy do M.”, o w odróżnieniu choćby od części 2., okazały się mniej skomplikowane, mniej smutne (choć wątek Małgorzaty chwyta mnie nieprzyjemnie za serce – no bardzo mi tu przeszkadza empatia), bardziej stonowane (co nie dotyczy Agnieszki Dygant, z której ekspresyjną odsłoną mimiki mam problem). Za to Piotr Adamczyk, za którym niespecjalnie przepadam, rozbawił mnie do łez. Dosłownie.

Film bardzo mi się podobał. Nie przyczepię się do niczego, bo dlaczego miałabym to robić? Nie poszłam wszak do kina konesera, a na przedświąteczny, lekki film. A zarzuty i dąsy (przecież wszyscy jesteśmy recenzentami, to nasza ekspercka cecha narodowa)? Przewidywalny bieg wydarzeń? Płaskie postaci? Uproszczone wątki? Bajkowe święta? Oderwanie od rzeczywistości? No weźźźźcie wyluzujcie! Wdzięk, ciepło, świetna ścieżka dźwiękowa i cała reszta rekompensują to z nawiązką.

Przeczytałam taki recenzyjny zarzut:

Listy do M. 3″ (…) to wciąż wyidealizowana i zafałszowana zachodnim rozmachem wizja świąt. Ludzie radośnie paradują z obwiązanymi kokardami prezentami, a z nieba sypie gęsty śnieg. Gdzie rozgorączkowany tłum rozwścieczonych klientów w galeriach? Gdzie nieustanne korki na ulicach? Gdzie deszczowa plucha zamiast białego puchu?

Yyyy… Eeee… No faktycznie, nie w „Listach do M.”, ale to chyba dobrze, bo kto chciałby oglądać coś takiego w kinie – i to pod płaszczykiem komedii? Ja nie – taką prawdziwą, siermiężną wersję świat mamy przecież w grudniu, w realu.

„Listy do M.” nie dokumentują świąt, ale dlaczego by miały? Przecież do bycia dokumentem nie aspirują. To nie kronika filmowa czy program zrealizowany na potrzeby kanału naukowego. To lekki i przyjemny film, który genialnie – jak dla mnie – wpisuje się w naszą polską przedświąteczną tradycję. Można co roku, przez dziesięciolecia, oglądać Kevina, który został sam w domu. Można też ogrzać się kolejną częścią Listów do M., do czego zachęcam.

I podpisuję się pod tym:

Film Tomasza Koneckiego działa niczym kubek herbaty z miodem i goździkami albo świeca Yankee Candle o zapachu cedru z cynamonem.

Zdjęcia: materiały prasowe

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Strona WWW