„Nad morzem” – piękny i nudny film, tylko dla koneserów wdzięków Angeliny Jolie

„Nad morzem” („By the Sea”, 2015 r.) z woskową Angeliną Jolie i wystylizowanym na alfonsa Bradem Pitem w rolach głównych uwodzi od pierwszych kadrów. Południowa Francja, lazurowe wybrzeże i fantastycznie dobrana muzyka tworzą boski klimat europejskich wakacji w latach 70. XX wieku. On i ona – piękni, wyniośli i bogaci – jadą kabrioletem. Niestety, choć film zapowiada się wspaniale, bardzo boli.

„Nad morzem” to historia kryzysu w związku amerykańskiego pisarza Rolanda (Brad Pitt) i jego żony Vanessy (Angelina Jolie). Akcja rozgrywa się malowniczej Francji lat siedemdziesiątych. To opowieść o związku naznaczonym stratą, ale także o trwałości wbrew okolicznościom oraz – wreszcie – o drodze do wybaczenia i akceptacji.

Jestem fanką Angeliny Jolie, lubię też Brada Pitta – pojawienie się ich nazwisk w obsadzie filmu jest dla mnie pewną rekomendacją. To znaczy było. Ich kolejny wspólny projekt – „Nad morzem” – to niewypał. Jest wysmakowany i piękny w warstwie estetycznej, ma też super klimat. Niestety szwankuje gra aktorska, boli rozwlekłość fabuły. Niby wszystko gra, a jednak nie.

Angelina wystąpiła w roli figury woskowej, Brad – w roli pisarza i męża, ale w stylizacji alfonsa. Film  zdominowała jednak ona – wielkooka, wielkusta, wielkorzęsa, wielkookularowa, posągowo piękna, przeraźliwie chuda i zrobiona na Sophię Loren. Odniosłam wrażenie, że w tej kreacji Angelina jest bardziej francuska niż Francuzka. To była karykatura i groteska, a gra aktorska nie zostawiała miejsca na domysły i interpretacje. Te wystudiowane miny i wydumane pozycje, senność i kokieteria, wydęte usta, ślimakowate ruchy… Egzaltowane to było, infantylne i pretensjonalne w odbiorze. Miało być tajemniczo, boleśnie i ponętnie. Ale się nie udało. Miałam wrażenie, że cały film jest tak przemyślany, zagrany i zmontowany, by być prezentacją wdzięków Angeliny. To jej żywy pomnik.

Ten film to „projekt próżności” Angeliny. Jest zimny, manieryczny, mechaniczny. Czy taki był zamysł, czy tak po prostu wyszło, ponieważ Jolie to nie tylko aktorka, ale także reżyserka i scenarzystka „Nad morzem”?

Zerknijmy w fabułę: on pije i się snuje, ona się snuje i jest smutna. Stoją. Siedzą. Angelina kręci stopą. Rybak wypływa w morze. Angelina pije białe wino. Brad pije whisky. Milczą albo wymieniają półsłówka. Angelina przyjmuje wydumaną pozę. Nagle odkrywa dziurę w ścianie. Brad idzie do baru. Pije, ale wraca – poprawia okulary, niedbale położone na stoliku. Rybak wraca. Angelina rozważa samobójstwo. Ja też. Brad odkrywa dziurę w ścianie. W powietrzu wiszą niewypowiedziane żale, pretensje, rozczarowania. I tak dalej.

„Nudny”, „aż bolało”, „pretensjonalny” – te słowa w recenzjach filmu „Nad Morzem” powtarzają się najczęściej. I niestety się z tym zgadzam.

Rozumiem zamysł filmu, łapię konwencję, ale zupełnie tego nie czuję. Bohaterowie nie budzą we mnie emocji – są nudni i obojętni. Niby wszystko – rutyna, efekt przygnębienia, senność i rozleniwienie są celowe – taka była Vanessa, jej życie i małżeństwo. Ale mimo wszystko nie udało mi się wejść w tę historię.

Ale żeby nie było – „Nad morzem” to także piękne widoki, dobry temat, przeurocza Mélanie Laurent jako Lea, fantastyczny klimat europejskiego kina lat 70., super ujęcia, moje ulubione przeciągnięte kadry, no i piękne kreacje oraz wysmakowane wnętrza. Jeśli chodzi o smak i estetykę – „szapo ba”.

Czy go obejrzeć? Tak, jeśli trzeba zabić dwie godziny, jest się koneserem kadrów i estetą, wielbicielem Angeliny Jolie i fanem południowoeuropejskich klimatów.

Czy warto? Nie wiem. Według mnie coś tu nie zagrało – ten film to prawdziwy dramat.

* no i to „podrUżować w tłumaczeniu na Netflix…

Monika Zalewska-Biełło

zdjęcia: materiały prasowe

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Strona WWW