Nadchodzi 3. sezon serialu „Riverdale”. Czekacie? Szybka recenzja

Już za kilka dni, bo 10. października, będzie miał swoją premierę 3. sezon „Riverdale”. W Polsce na ekrany wejdzie dzień później. Nie możemy się już doczekać!

W Riverdale meldujemy się po raz pierwszy, gdy dochodzi do tajemniczej śmierci nastoletniego Jasona Blossom (Trevor Stines), syna najbardziej wpływowych (i najbardziej pokręconych) ludzi w Riverdale. Kiedy wszelkie tropy policji prowadzą donikąd, znajomi zmarłego próbują odkryć prawdę. I zaczyna się zabawa.

Riverdale to szalenie popularny amerykański serial telewizyjny, oparty na serii komiksów wydawanych przez Archie Comics. Do tej pory wyemitowano 2 sezony: 13 odcinków liczył sezon 1.,drugi – 22. Sezon 3. to obietnica kolejnych 23 części.

„Riverdale” to z założenia serial młodzieżowy, ale dorośli też zdecydowanie się w nim odnajdą, choć może być wymagane poczucie humoru i nonszalancka optyka. Bo tego serialu nie można brać do końca na serio. Niby to mniej lub bardziej luźna adaptacja, rasowy obyczaj z wątkiem kryminalnym, ale… No właśnie! To szalenie intrygująca i oryginalna konwencja.

W serialu nie brak dramatu, czarnej komedii, no i nie obywa się bez posmaku science fiction, ponieważ scenariusz ugina się pod ciężarem niedorzeczności, naiwnych i absurdalnych rozwiązań. Ale żeby nie było! Całkiem sporo tu poważnych, uniwersalnych problemów, brutalnych przejawów patologii codzienności, ukrytych – jak to w życiu – za fasadą zwyczajności i normalności. Podoba mi się, że ten film nie jest ani grzeczny, ani poprawny, ani zachowawczy.

Zdecydowanie czuć w Riverdale ducha dobrego komiksu: postaci i wątki są przerysowane, a skondensowana fabuła kipi zwrotami akcji.

„Riverdale” to dla jednych „Twin Peaks dla młodzieży”, dla innych podrasowane „13 powodów” czy stuningowane „Beverly Hills”. Według mnie ono jest po prostu niepowtarzalne.

To, co w ekranizacji najbardziej mnie zachwyca, to niesamowity klimat – nieco surrealistyczny (myślę, że w przypadku „Riverdale” to słowo-klucz), spowity w boskie światło, cudowne zdjęcia, aurę mroku, niebezpieczeństwa i tajemnicy. Nie do podrobienia!

Na nie mniejsze uznanie zasługują aktorzy. Ich fantastyczna gra robi wrażenie. Zdecydowanie sprostali zadaniu (a często to debiutanci). Wydaje mi się, ze kreując swoje postaci doskonale się bawili, ponieważ są one wręcz szalone: pełnokrwiste, z ogromem werwy i ekspresji. Ich wielowymiarowość jest intrygująca. Fajne jest to, że każdy odcinek, każda scena czy sytuacja mogą pokazać inną twarz. Oj, nie ma tu miejsca na przewidywalność, sztampę i łatwiznę. Bo choć bohaterowie są odrysowano grubą kreską, wiele w nich niejasności, oblicz, masek, sprzeczności i barw. Często antybohaterowie zaskakują wielkim sercem, a ci pozytywni – swoją mroczną stroną.

Szczególnie zachwycają mnie kreacje kobiece. Bardzo lubię patrzeć na Veronicę, w którą wcieliła się Camila Mendes, ale także Cheryl, którą gra Madelaine Petsch oraz jako Elizabeth „Betty” Cooper (w tej roli) Lili Reinhart.

 

W pozostałych rolach zobaczycie:

KJ Apa – Archie Andrews

Cole Sprouse – Jughead Jones

Marisol Nichols – Hermione Lodge

Ashleigh Murray – Josie McCoy

Mädchen Amick – Alice Cooper

Luke Perry – Fred Andrews.

Podoba mi się coś jeszcze – fenomenalna muzyka. Jak te dzieciaki śpiewają! Moją ulubioną piosenką w ich wykonaniu i aranżacji jest „Mad world”. I wcale nie dlatego, że ma zaskakujący finał, serio.

Monika Zalewska-Biełło

zdjęcia: materiały prasowe

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Strona WWW