„Szczęście świata” – recenzja. Bardzo zmysłowy i cholernie smutny film

„Szczęście świata”, 2016, reż. i scen. Michał Rosa

Na film „Szczęście świata” trafiłam przypadkiem. Uwiódł mnie plakat – zarówno jego miękkie światło, które odebrałam jako zapowiedź i obietnicę wysmakowanych wrażeń estetycznych, jak i Karolina Gruszka, którą uwielbiam (i której sceniczna charyzma i wdzięk pozwoliły mi przetrwać film „Maria Skłodowska-Curie”. Nie poczułam do niego chemii). Nie zniechęcił mnie na szczęście bardzo zmanipulowany, jak się okazało, trailer. Nie pomyliłam się – było pięknie.

Warszawski dziennikarz i bon vivant Sobański (Tomasz Borkowski) opuszcza stolicę, by odszukać i przeprowadzić wywiad z autorem bestsellerowych przewodników, bijących rekordy sprzedaży.

Choć sam pisarz skrzętnie ukrywa tożsamość, nieliczne tropy prowadzą do kamienicy na Śląsku, miejsca pełnego ludzi oryginalnych i wyjątkowych. Wśród nich są piękna Róża (Karolina Gruszka) – obiekt męskich westchnień i damskiej zazdrości oraz ulegający jej urokom mężczyźni – ekscentryczny pasjonat botaniki Tomasz (Krzysztof Stroiński), „przyjaciel domu” Jan (Przemysław Bluszcz), matematyczny geniusz na posadzie windziarza – Rufin (Dariusz Chojnacki), a także próbujący wyrwać się spod wpływów zaborczej matki (Agata Kulesza) nastolatek Harald.

Chwile spędzone przez nich z piękną sąsiadką kuszą lekkością i swobodą, objawiając świat, do którego nie mieli dotąd dostępu. Jednak dziewczyna darzy uczuciem tylko jednego. Pewnego dnia Róża znika z życia kamienicy, pozostawiając w sercach adoratorów ślad – puste miejsce, tęsknotę oraz uczucia, które w przyszłości odmienią losy każdego z mężczyzn.

Przedwojenna Polska. Niesamowita, klimatyczna, jak ze snu, kamienica położona na peryferiach miasta. Taka piękna, samotna wyspa, w której żyją Polacy, Ślązacy, Niemcy i ona: Żydówka, szczęście świata, serce domu – Róża.

Szara codzienność. Obserwujemy życie mieszkańców, ale niespecjalnie w nie wchodzimy. Tygiel języków, kultur, osobowości, mentalności i życiowych scenariuszy to tło i pretekst, by opowiedzieć uniwersalną historię o życiu, ludziach, emocjach i wartościach. Historię, w której nie chodzi o konkretne konfiguracje, sytuacje czy postaci, a symbole, metafory, przesłanie.

W filmie oczarowało mnie wszystko, nie tylko fabuła. Nastrojowe światło, wysmakowane kadry, cudowne ujęcia, bijąca z ekranu zmysłowość, nostalgia, szlachetność. „Szczęście świata” to obraz niesamowity. Czarujący i czarodziejski. Szary i baśniowy. Dosadny i frywolny. Szary i w kolorze głębokiego oranżu. Siermiężny i finezyjny. Poważny i zabawny. Konkretny i spowity realizmem magicznym. Prozaiczny i poetycki. Niewinny i rozpustny. Cudownie pozytywny i cholernie, cholernie smutny.


Co mogę powiedzieć jeszcze? Że to świetne proporcje, genialna konwencja, bliska mi optyka i cudowny klimat. Trzeba wspomnieć o świetnej muzyce i aktorstwie na najwyższym poziomie. Zachwyciła mnie (jak zawsze) Agata Kulesza, Dorota Segda oraz Mateusz Lickindorf, a Karolinę Gruszkę mogłabym jeść łyżkami. Ten film, oglądany w kinie, na dużym ekranie, musi być prawdziwą ucztą.

Po obejrzeniu „Szczęścia świata” przeczytałam kilka recenzji. Niemal wszyscy krytycy mówili, że czegoś im zabrakło. A mi nie. Może jego temperatura faktycznie była umiarkowana, tempo senne, kwestie niedostatecznie wyboldowano, a sam film trudno zaszufladkować, bo wymyka się… wszystkiemu. Nie było fajerwerków, emocji totalnych i kategorycznych sądów, ale czy to źle? To był po prostu bardzo subtelny film, bardzo intymny seans i bardzo kameralne kino. Do mnie dotarł, podobał mi się, zrobił wielkie wrażenie, które rezonuje. Zapamiętam go na długo.

Monika Zalewska-Biełło

zdjęcia: materiały prasowe

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Strona WWW