„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” – film nie mniej intrygujący niż sam tytuł. Recenzja

(Three Billboards Outside Ebbing, Missouri, 2017, reż. Martin McDonagh)

Na drodze do Ebbing w stanie Missouri stoją trzy zniszczone, od lat nie wykorzystywane tablice reklamowe. Mildred Hayes (Frances McDormand), samotna matka, której córka została zgwałcona i zamordowana przez nieznanych sprawców, wynajmuje je i umieszcza prowokacyjny przekaz. Billboardy mają zmusić policję do działania.

„Zgwałcona, gdy umierała”
„Nikogo nie aresztowaliście?”
„Jak do tego dopuściłeś, komendancie Willoughby”

Różnie mówią o tym filmie (a mówią dużo – jest na fali. Budzi zachwyty widzów, uznanie krytyków, zdobył kilka nominacji i Oskarów) – że to współczesny western, czarny komediodramat, że nowy gatunek filmowy. Że geniusz.

Dla mnie „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” to ciężki i mocny film, w który zręcznie wpleciono przezabawne dialogi, cięte riposty i błyskotliwe tyrady, po których idzie w pięty. Fajne są to proporcje – gniewu, śmiechu i nadziei, grozy i groteski, mordobicia i sielskich klimatów, z wznoszeniem się ponad podziałami i uprzedzeniami, z klepaniem się po ramieniu i łaską wybaczenia w pakiecie. Płakałam jak bóbr (list szeryfa do żony), ale i śmiałam się do łez (wizyta księdza). Zdarzało mi się wstrzymać oddech (akcja z komisariatem) i zacisnąć pięść (Dixon), a i otworzyć usta ze zdumienia (znów Dixon).

Świetna była filmowa plejada postaci. Wszyscy niby jednoznaczni, a nieoczywiści. Wyraziści, a nieodgadnieni. Na uwagę naprawdę zasługuje aktorstwo – nie tylko główna bohaterka (Frances McDormand). W pamięci na pewno pozostanie mi rola szeryfa Billa Willoughby’ego (Woody Harrelson) i Jasona Dixona (Sam Rockwell). Ale nie tylko oni. Szalenie podobał mi się też Caleb Landry Jones w roli Reda Welby. I odwrotnie.

Z kolei Mildred Hayes… Bardzo lubię wyraziste, silne i charakterne buntowniczki z zasadami, w typie ostatnich sprawiedliwych o niewyparzonych językach, a płynięcie pod prąd, walka z chorym systemem i zakłamaniem jest tym, co kocham. Jak więc ten film mógłby mnie nie ruszać?

No i plus za niesamowity klimat – naprawdę można wejść w tę historię i poczuć ducha amerykańskiej prowincji.

Brawa za wymowę – w ogóle i w szczególe. Za bezpardonowość, odwagę, nazywanie rzeczy po imieniu i pokazywanie ich takimi, jakimi są, a nie jakie być powinny. Nie ma tu specjalnie miejsca na poprawność polityczną i wygłaskane, grzeczne rozwiązania. Ten film to nie koncert życzeń.

Napiętnowano w nim wiele patologii, pochylono się także nad moim socjologicznym konikiem, czyli hipokryzją i pozorami – nie każdy narwaniec jest zły do szpiku kości, tylko czasem trudno to odkryć. Nie każdy wypicowany, wygadany goguś o budzącej zaufanie powierzchowności jest tym, za kogo uchodzi. Ja również odniosłam wrażenie, że twórcy filmu opowiadając konkretną historię mówili o uniwersalnej prawdzie.

Podsumowując – „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” jest dobry i mocny. Bardzo mi się podobał. Trzymał w napięciu, wyzwalał emocje, bawił i wzruszał jak cholera. Film poniewiera, ale w dość brutalny sposób – utrzymuje ciśnienie krwi na wysokim poziomie. Dlatego choć zdecydowanie warto i trzeba go obejrzeć, ja nie będę już do niego wracać. Bo boli.

Zdjęcia – materiały prasowe

Monika Zalewska-Biełło

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Strona WWW