„Tully” – prawdziwy obraz macierzyństwa i wnikliwy portret matki. Recenzja filmu

Reż. Jason Reitman, scen. Diablo Cody, prod. 2018, obsada: Charlize Theron – jako Marlo (genialna!), Mackenzie Davis jako Tully (zjawiskowa!), Mark Duplass jako Craig (uroczy!)

Ten, kto z ramienia dystrybutora zadeklarował, że „Tully” to komedia, ma awangardową optykę. Tak sądzę nie tylko ja, ale i większość odbiorców. Niektórzy wręcz podejrzewają, że stoi za tym socjopata (he, he). Jeśli ten film wzbudza śmiech, to zdecydowanie nie w sposób oczywisty – to raczej śmiech przez łzy. Komedia? Ponury żart i wsadzanie widzów na minę. Poniższa zapowiedź zdecydowanie ten film spłaszcza, jest banalna i krzywdząca. Można się zdziwić. Cóż.

Mąż, dom i trójka dzieci! Marlo to prawdziwa superbohaterka, ale czasem nawet superbohaterki potrzebują chwili wytchnienia. Pewnego wieczoru w drzwiach domu Marlo zjawia się tajemnicza niania, Tully. Młoda, piękna i zwariowana opiekunka szybko wywraca do góry nogami życie całej rodziny. Marlo musi zmierzyć się z przebojową i pełną energii dziewczyną, która ma w sobie wszystko to, co Marlo utraciła.

„Tully” to film niezwykły – szczery, mocny i autentyczny. Chimeryczny i nierówny. Słodki i gorzki. Mądry i jednocześnie prosty w przekazie. Ma klarowną fabułę, ale jednocześnie jest chaotyczny, nasycony i przeładowany. Ciekawie kadrowany i intrygująco zmontowany – ma piękne światło i oryginalną scenografię: brzydkie domy, brzydkie wnętrza, brzydkie ciuchy. Przygnębiające to dość i przytłaczające. W tym kontekście, w wymiarze estetycznym, to kino wywrotowe.

„Tully” mówi i zostaje w głowie na dłużej. To pozbawiony lukru, podany wręcz sauté, wnikliwy portret współczesnej matki, którego sercem jest boski duet Charlize Theron i Mackenzie Davis, choć Charlize zdecydowanie zasługuje na oddzielny akapit.

Umówmy się – Charlize Theron to najpiękniejsza kobieta na świecie i kolejna aktorka, którą uwielbiam. Także tym razem, w roli Marlo, jest absolutnie genialna. Co ona w sobie ma, że nawet nieogarnięta, wręcz zapuszczona, z błędnym wzrokiem, z twarzą jak gąbka, w ciele w rozmiarze XXL jest zjawiskowa?

Charlize jest nie tylko piękna –  ma to coś, osobowość, talent. Musi też posiadać niezwykłą wrażliwość, odwagę i niesamowity dystans do siebie. Modelka, ikona mody, bogini, obiekt westchnień i kobiet, i mężczyzn, która dla roli przeprowadza w swoim życiu i wyglądzie takie rewolucje?! Na mnie to robi wrażenie. Tym razem np. do roli przytyła ok. 20 kg, zaś jej obraz, jaki po tym filmie zostanie widzowi pod powiekami… no daleki jest od tego, jaki znamy z reklamy J’adore od Diora. Nie bije od niego blask, a krzyczy fizyczność (jej dosłowność, dosadność i brutalność), a jeśli Charlize ma w sobie coś zwierzęcego, to nie jest to magnetyzm.

Z tego filmu najbardziej zapamiętam dwie sceny. Kulminacyjną w moim odbiorze – Marlo zamknięta z wrzeszczącym dzieckiem w aucie i druga, kiedy to upocona, zmasowana bierze się za bary ze swoimi słabościami i ograniczeniami – i walczy, jednocześnie pokazując sobie, choć może bardziej współbiegaczce, na co ją stać. Dziś myślę, że to nie tylko cudowna scena, ale i wspaniała metafora.

Ten film ja też chcę mieć w swojej filmoteczce. Bo jest wyjątkowy, ale i dlatego, że jako mama i kobieta po 40. mogę się w nim przejrzeć jak w lustrze. Czuję, że kadry z „Tully” to takie wzmocnione, wyostrzone kopie przeżyć każdej mamy i pani, która ma za sobą lata beztroskiej młodości. Kolejny bonus to zdumienie, jakie towarzyszy finałowi oraz odgłos układających się w głowie, scena po scenie, puzzli. Film wciągam na moją prywatną listę filmów wszech czasów.

Historia Marlo opowiedziana jest w sposób szczery i autentyczny. Taki obraz macierzyństwa zasługuje na uwagę – przepełniony miłością, jednocześnie szorstki i dojmujący, pełen blasków, ale i nie pozbawiony cieni. Myślę, że „Tully”, powinien obejrzeć każdy dorosły – nie tylko kobiety i mamy. Bo pokazuje, jak jest. Uświadamia, wytyka paluchem, podkreśla grubą krechą, daje i do myślenia, i pionizuje. Sporo w nim fajnych, błyskotliwych tekstów, ale i treści, które docierają po czasie, wydostawszy się z kontekstów i spomiędzy słów. To dlatego „Tully” jeszcze długo po wyjściu z kina obiera się w głowie jak cebulę. I końca nie widać.

Monika Zalewska-Biełło

zdjęcia: materiały prasowe

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Strona WWW

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.