Bieszczady – pomysł na wakacje i weekend z dziećmi

Co roku, w drodze powrotnej z Chorwacji, zatrzymujemy się w górach – zazwyczaj były to Beskidy. W tym roku postanowiliśmy postawić swoje stopy w Bieszczadach. To był nasz pierwszy tam raz.

Z Mandre wyruszyliśmy rano. Jechaliśmy i jechaliśmy, końca nie było widać – w Polsce zastała nas noc. Muszę przyznać, że końcówka trasy robiła na nas spore wrażenie – i drogi, które układały się w serpentynę, i księżyc, który zadbał o epicką atmosferę, i zwierzęta leśne, które co rusz wyskakiwały nam na drogę (pierwszy raz z takiej odległości widziałam sarny – spooooro saren, no i małe lisy). Zaparkowaliśmy w Smereku i to był świetny wybór. Gdyby nie gigantyczna wilgotność powietrza (mieszkaliśmy nad strumieniem) i śmierdząca woda z kranu (pod prysznicem miałam nieustające wrażenie, że robię trwałą ondulację w jakiś tani, retro sposób – znacie ten odór?), byłoby idealnie. Mieliśmy stąd blisko wszędzie tam, gdzie chcieliśmy pójść.

Nasz pobyt był krótki, ale intensywny. Pierwszego dnia odpoczywaliśmy po podróży i rozglądaliśmy się, zapoznając z okolicą. Dzień drugi zaś to była prawdziwa bieszczadzka przygoda. Zachwycająca petarda. Uważam przy okazji, że piesze, górskie wędrówki to idealny pomysł na rodzinny weekend czy urlop (choć jestem totalnie „nadwodna”). Po szczegóły zapraszam niżej.

DSC_0008 (2)

DSC_0150 (2)

DSC_0146 (2)

Dzień pierwszy

Pierwszego dnia, ponieważ aura nie mogła się zdecydować – ma się rozpadać czy też nie, spacerowaliśmy po Smereku i okolicach, odwiedzając przy okazji pana Karola, penetrując jego rzeczkę i łąki. Dzieciaki urządziły sobie lekcję przyrody i empatii. Szukały koników polnych i innych świerszczy, robiły też wiele rzeczy, które z punktu widzenia dorosłego są bez sensu. Na szczęście nie staraliśmy się tego rozumieć, każdy cieszył się i kontemplował okoliczności przyrody na swój sposób. Było super.

Później wyszliśmy ku cywilizacji i zajrzeliśmy do Wetliny. Przywróciliśmy właściwą temperaturę ciała, zabawiając nad Wodospadem Siklawa Ostrowskich. Niby nic wielkiego, a cieszyło. I to jak! Niestety kiedy jedliśmy obiad w pobliskim barze, zaczęło padać, a później lać, by ostatecznie oberwać chmurę, co nie przeszkodziło dzieciom w skakaniu na trampolinie, wariowaniu w basenie, a nam w grillowaniu, choć sam grill musiał być zabezpieczony parasolem plażowym. Ocean bieszczadzkich możliwości odkryliśmy dopiero dnia drugiego.

pan karol

wodospad

DSC_0125

DSC_0271

DSC_0293

DSC_0252

DSC_0363

DSC_0294

DSC_0318

DSC_0354

Dzień drugi

Mieliśmy plan i ambicje. Z pensjonatu wyszliśmy ze zwyczajowym, półgodzinnym opóźnieniem, ale i tak było to – jak na nas – rano. Nasz pierwszy postój miał miejsce… mniej więcej kwadrans po wyjściu, kiedy to okazało się, że nie mamy gotówki, by wejść na szlak. Umknęło naszej uwadze, a może zabrakło nam wyobraźni – wchodząc do Parku Krajobrazowego trzeba kupić bilet: 6 zł osoba dorosła, 3 zł dziecko.

1

Później szliśmy i szliśmy, szliśmy i szliśmy szlakiem wyznaczonym przez naszych Kierowników wycieczki, roboczo nazwanych Puerto i Riko. Naturalnie każdy może obrać swój własny scenariusz, dostosować go do swoich potrzeb i możliwości. My poszliśmy taką trasą (szczegóły w linku pod zdjęciem):

bieszczady trasa

Zobacz szczegóły trasy 49.1861443, 22.4276876 – Brzegi Górne, 4:51 h (13.8 km)

Pogoda dopisała – świeciło słońce, wiał lekki wietrzyk, nie padało. Było absolutnie genialnie i zjawiskowo, przepięknie i przezabawnie. Wyobrażałam sobie jednak, że będzie mniej… ekstremalnie.

Tymczasem to ślizgaliśmy się po błocie (oczywiście, że wszyscy mieliśmy buty sportowe, żadne tam trekkingi – no kto wiedział, że dzień wcześniej będzie TAK padało?), to skakaliśmy przez strumyki, to przedzieraliśmy się przez zarośla na wąskich ścieżkach, to prażyliśmy się na połoninach, to przedzieraliśmy przez łopianowe (?) łąki, to szliśmy lasami, to wdrapywaliśmy się pod takie górki, że dyszałam jak parowóz, a ostatecznie, na finiszu, schodziliśmy (właściwie siłą rozpędu i grawitacji zbiegaliśmy) z takich szczytów, w takim pędzie, że tylko zaklinałam kolana, by nie wystrzeliły mi jak z procy, a paluchy w butach przestały udawać, że te są za małe, bo to nieprawda. Zapytacie zatem, dlaczego (do ciężkiej cholery) proponuję Wam spacer po górach jako formę rodzinnego wypoczynku i atrakcję turystyczną dla dzieci? Niedługo wytłumaczę.

DSC_0001 (2)

To, co przeżyłam, jest moje. To, co widziałam, zapierało w piersiach dech. Zakochałam się w Bieszczadach. Rozumiem już tę miłość, o której tyle słyszałam. Bardzo podoba mi się łażenie po tychże górach zdecydowanie bardziej niż po ostrych Beskidach, gdzie idzie się lasem, lasem, lasem, by finalnie (a mi głównie chodzi nie tyle o samo zdobywanie, co o finał właśnie) nacieszyć oko górską perspektywą wyłącznie na szczycie. W Bieszczadach jest inaczej. Tu wysiłek nie jest współmierny do nagrody, ponieważ nagrodę otrzymujesz z każdym krokiem, za każdym pagórkiem, z każdym spojrzeniem w którąkolwiek stronę bądź. Te połoniny, te odcienie zieleni i ich kompilacja z błękitem, te faktury! To jest niewyobrażalnie piękne. Taka wycieczka warta jest wszystkich wysiłków, pieniędzy, potu, łez i bólu mięśni.

DSC_0023

Podobno szliśmy dość markotnie, a i często zatrzymywaliśmy się – a to pić, a to jeść, a to noga, a to ręka. Tak trochę się spinaliśmy, a trochę jednak nie. Mieliśmy na to cały dzień. W każdym razie trasę, którą powinniśmy pokonać w 4 godziny i 51 minut zakończyliśmy po godzinach 8. Spacerowaliśmy, chłonąc piękne okoliczności i bajeczną atmosferę, pozdrawiając dziesiątki mijanych piechurów (dzień dobry, hej, cześć, serwus, czołem) od po 10.00 do, o ile dobrze pamiętam, okolic 18.00 z haczykiem, kiedy nie wiedząc, jak się nazywam, zamówiłam w karczmie/restauracji pierogi ruskie i zupę pomidorową w wersji vege.

DSC_0104 (2)

Dlaczego zatem wciąż uważam, że spacer po Bieszczadach to idealna forma spędzania wolnego czasu nie tylko z przyjaciółmi, partnerem, ale także z dziećmi? Jest pięknie, wiadomo, ale czy dzieci dadzą radę?

Po pierwsze podczas wielogodzinnej wędrówki bieszczadzkim szlakiem (który momentami przypominał Marszałkowską) mój mózg zarejestrował obecność wielu dzieciaków, także w wieku przedszkolnym, a wręcz żłobkowym, które kroczyły dzielnie i samodzielnie. Widziałam też babcie i dziadków, kolonijne wycieczki, biegacza z plecakiem na stelażu, a także rodziców, którzy z uśmiechem na ustach zaszczepiali miłość do gór swoim niemowlętom, zainstalowanych w nosidłach. Wszyscy dawali radę. Wszystkim się podobało. Nikt nie pisał testamentu czy pozwu rozwodowego, nikt w okolicy Schroniska PTTK „Chatka Puchatka” nie ciskał gromów i nie zapewniał, że „noł łej i newer egain„. Tylko ja. Na szczęście dla nikogo to nowością nie jest, ponieważ robię to co roku i zawsze, od piątej godziny marszu poczynając.

DSC_0234 (2)

Po drugie w naszej 8-osobowej brygadzie było 4 dzieci: 7-latka oraz nastolatkowie: jeden z alergią na trawy, drugi z alergią na wysiłek (i podejrzeniem astmy wysiłkowej) i jedna z bólami kolan. Ale to nie oni, a ja byłam najsłabszym ogniwem. Oni albo nie pękali, albo mieli doliniarskie epizody (no dobra, jeden był 1,5-godzinny, na etapie 3/4 długości trasy). To ja wlokłam się za taborem i obstawiałam tyły właściwie już z definicji, bo od pierwszych metrów. Że niby robię zdjęcia, kontempluję okoliczności, a tak naprawdę…

DSC_0103 (2)

Nie cierpię chodzić. Nie cierpię wysiłku. Nie cierpię wysiłku i chodzenia dla samego wysiłku i chodzenia. Jestem typem kanapowca i piecucha, dziewczyną miasta i wody. Dlaczego zatem co roku dobrowolnie piszę się na górskie wyprawy? Bo mąż kocha? By dzieci znały góry? Też, ale ja po prostu uwielbiam górskie plenery i przestrzeń, wrażenie wolności i poczucie bezkresu. Kocham szczyty i połoniny. Kocham górskie kadry przed sobą i pod powiekami. Kocham zdjęcia i wspomnienia, które dają mi pary przez następny rok, do następnego urlopu.

W przyszłym roku w drodze powrotnej z Chorwacji zdobędziemy Połoninę Caryńską. Postanowione. Musimy tylko pamiętać, by tym razem zabrać leki przeciwalergiczne, Ventolin i bandaż elastyczny, a najlepiej dwa. I kupić buty trekkingowe.

DSC_0040 (2)

DSC_0112 (2)

DSC_0113 (2)

DSC_0121

DSC_0123 (2)

DSC_0125 (2)

DSC_0138 (2)

DSC_0142 (2)

DSC_0185 (2)

 

One thought on “Bieszczady – pomysł na wakacje i weekend z dziećmi

  1. Jeśli masz problemy z chodzeniem, to proponuję Tarnicę i powrót do Górnych przez Szeroki Wierch. Na początku jest wyryp, ale potem schodzisz, schodzisz, schodzisz.

    Cait

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Strona WWW

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.