Co mnie wkurza na narciarskim stoku. Ferie 2017 – najazd Hunów i survival

Wyjazd z rodziną na narty w polskie góry to fantastyczna sprawa – warta zachodu i każdych pieniędzy. Czasem jednak trudno zamknąć się w różowej bańce, bo coś boleśnie uwiera.

Nie mam na myśli: rozjeżdżonych stoków (lód/zaspa/lód/zaspa), zbyt krótkich zjazdów, wrednych kolejek, które najpierw podcinają, by pod koniec trasy chamsko wyrzucić, zimnego rosołu w karczmie (chyba z kostki rosołowej), ludzi wrzeszczących do telefonów, gdy ramię w ramię suniemy wyciągiem czy przekrzykujących się, gdy siedzimy stolik w stolik w restauracji, a raczej barze, którą ktoś z aspiracjami nazwał karczmą.

2

Nie będę się też roznamiętniać nad tym, że niemal wszędzie czekają jakieś turystyczne zasadzki. Że zakupiony na group… skipass może być opisany tak, że o jego nieważności (ważny od marca!) dowiadujesz się przy kasie na stoku, niemal już stojąc w nartach. Cóż – za gapowe się płaci.

Nie biega mi też o to, że nie można oddać długoterminowego skipassu, choć na drugi dzień od jego zakupu się zachoruje, ponieważ regulamin żąda okazania zaświadczenia lekarskiego (takie zasady obowiązują nie tylko w Polsce, więc ok).

Wiem też, że jeśli chcielibyśmy wykorzystać voucher na 20-procentową zniżkę w przedszkolu bądź szkółce narciarskiej, to nie bardzo byśmy mogli, ponieważ przy kasie okazywało się, że nie do końca wiadomo, na co właściwie ona obowiązuje. Tak jakby była, ale jednak bardziej nie. Słabe to było, taki centusiowanie i nastawienie na dojenie.

Ale do sedna. Na warunki i okoliczności nie narzekam. Wychodzę z założenia, że stoków, wyciągów, wypożyczalni i karczm wokół jest do wyboru i do koloru, więc można je zmienić, a nie jałowo dziamgać i smęcić, a jak się komuś nie podoba w Polsce, może ruszyć do Austrii, Szwajcarii czy Włoch. Mnie zdumiewały i wkurzały zachowania współtowarzyszy – dzikich narciarzy.

wu

Najazd Hunów i szkoła przetrwania

Dzicy narciarze są… dzicy. Brak kultury, a także zwykłe chamstwo to raz (nie każdemu przeszkadza). Ale dwa to irracjonalne zachowania i brak wyobraźni, które są realnym zagrożeniem dla innych. A to mnie wkurza strasznie.

Zaczęło się pierwszego dnia, a był to poniedziałek. Nie wiem, kto wówczas miał ferie i kto właśnie kończył turnus, ale ten dzień przeżyliśmy w lekkim szoku, w stanie permanentnego niedowierzania. To była lawina dziwnych zdarzeń, a ten dziki tłum sprawił, że przypomnieliśmy sobie artykuł z lata 2016, kiedy to rzeszę turystów nad Bałtykiem (efekt program 500+) określono jako najazd Hunów.

Trudno było ogarnąć umysłem to, co się działo, a i przewidzieć, co się stanie za chwilę. To wyglądało tak, jakby ktoś dziesiątki ludzi spuścił ze smyczy, nastawił stoper i powiedział „Używajcie, ile możecie, ale postarajcie się, bo niebawem wasz czas dobiegnie końca!”. Horror. Na szczęście już na drugi dzień sytuacja się ustabilizowała – szarańczy turnus odjechał i pozostało po nim mgliste wspomnienie. A może nam po prostu te zachowania spowszedniały? Sama nie wiem.

Przechodząc do czepialskich konkretów:

Dla mnie sprawa jest jasna – na stoku trzeba być odpowiedzialnym. Zupełnie nie mogę zrozumieć, jak dorosły człowiek – pędząc przed siebie na krechę, czyli osiągając maksymalną prędkość – może zmieniać trasę czy włączać się do ruchu, zupełnie przy tym nie patrząc, co się dzieje wokół, no i zbierać ludzkie żniwo jak kula śnieżna. Żeby nie było, uściślę. Uwielbiam szybką jazdą na nartach, choć rozpędzam się do granicy wrażenia, że panuję nad nogami i nartami. Pędzę niczym syrenka stopiątka na maksymalnej prędkości, ale nie zajeżdżam drogi, nie najeżdżam nikomu na narty, rozglądam się wokół, a i wyhamowuję tam, gdzie trzeba. Szaleństwo – tak!, ale kontrolowane.

Nie rozumiem również, jak dorosły człowiek może rzeczoną krechą – nie zwalniając – pędzić nie tylko do samego końca trasy, a i poza nią, pod same bramki (dopiero we wtorek pojawiły się banery Zwolnij!, Stop!, Wyhamuj!). Szczerze nie cierpię takich mistrzów prostej – jednemu takiemu, pyskatej ciapie, udało się wjechać z impetem, no i ściąć z nóg, dziecko stojące pod siatką, to jest poza trasą. Bałam się, że już pierwszego dnia moja córka zakończy narciarska przygodę, bo po upadku, kiedy miała nogi zblokowane butami i nartami, bolały ją i kolana, i kostka. Facet jej nawet nie przeprosił! Dopiero później, wzruszając ramionami, bąknął: Sorry, bałem się, że się przewalę (cytat). Masakra!

5

Nie rozumiem też, choć wiem, że czasowość zakupionego skipassu może być pewnym usprawiedliwieniem, dlaczego – stojąc w kolejce do kolejki – niektórzy ludzie (choć jest ich sporo) tak strasznie się pchają. Ale to jak! Taranują się, szturchają i napierają, łażą sobie po nartach, przeciskają, wprowadzając tym samym nerwową atmosferę pośpiechu i chaos taki, że można mieć pod korek. Dorośli nadrabiają łokciami i masą (przykład idzie z góry – więc oczywiste, co dla dzieci będzie normą), więc częściej im się udaje, ale – uwaga! – gubią po drodze swoje dzieci. Więc takie zagubione maluchy w panice też pędzą. I czasem płaczą.

No i moje trzy hity level master, które sprawiły, że zjeżdżając na nartach ciągnęłam za sobą opadniętą szczękę, a pod koniec dnia nie mogłam dojść do siebie.

Pierwsza. Jechałam sobie kolejką, byłam wysoko nad ziemią, więc doskonale widziałam dziecko, które nagle zostało wyrwane z nart i wyskoczyło w górę. Przypominało rozgwiazdę. Co się stało? Otóż na CZERWONEJ trasie wjechał w nie rozpędzony chłopak pomykający na… plastikowym, zielonym JABŁUSZKU! To było niesamowite, bo za nim pędziła reszta nastoletniej ekipy, a rodzice robili im zdjęcia. Zakończyło się to oczywiście awanturą, bo ścięci poszkodowani – narciarze i snowboardziści – w szybkim tempie ułożyli się w dywan, a raczej chodnik, wzdłuż stoku.

Druga – rodzice nagrywali na telefonach filmiki. Ich bohaterami byli dwaj chłopcy – jeden na desce snowboardowej, drugi na nartach. Wiecie co robili? PO ZMROKU pędzili na oślep, ile fabryka dała, DZIKĄ, niezagospodarowaną trasą, przytuloną do stoku. To było zwykłe, ośnieżone pole! Snowboardzista miał więcej szczęścia niż jego towarzysz, który nagle wyskoczył na muldzie tak, że obił się o kolejną, a na ostatniej się złożył i już nie wstał. Zabrała go mała, ratownicza „trumienka”. To było posępne wrażenie.

we

Trzecia. Uchachana mama zamontowała na kasku swojego 4-letniego na oko narciarza kamerkę i puściła go swobodnie „na krechę”, jadąc dość daleko za nim. Maluch, jak to mali narciarze mają w zwyczaju, rozstawił szeroko nóżki i cisnął pędem, jak wystrzelona guma od majtek, w dół stoku, na krechę. Mama śmiała się jak szalona – może cieszyła się na myśl, jaki fajny filmik pokaże na fejsie. Dziecko zasuwało sobie solo kilometr w dół, nie patrząc na nic i na nikogo – w sumie po co, i tak by to nic nie dało. Zdążyłam tylko krzyknąć: „Dzidziu!” i próbowałam się ratować, kiedy nasze trajektorie niebezpiecznie się zazębiły. Zrobiło mi się gorąco, muszę przyznać, bo o ile bobasowi pewnie nic by się nie stało, o tyle moje stare kości mogłyby mnie wyeliminować z życia na dłużej.

I wiecie co?

Wiecie co? Nie były to moje pierwsze ferie na nartach, ale czegoś takiego w życiu nie przeżyłam. Dotychczas tylko słyszałam opowieści o dzikich narciarzach i żarciki o tym, jak to nieokiełznani Rosjanie bawią się na Pięknej górze w Gołdapi. Że stają na szczycie góry, kucają i pędzą w linii prostej w dół stoku, nie zwracając uwagi na nic i na nikogo, a na tych, którzy preferują cokolwiek inny styl mówią, że po prostu nie potrafią jeździć.

Teraz tę dzikość czuć było także w okolicach Zakopanego. Zasadniczo nic do niej nie mam i nic mi do tego, co ktoś robi ze swoim życiem, ale wolałabym, żeby granice ludzkiej fantazji znajdowały się daleko od życia innych.

we

Być może nie jest bez znaczenia ten ocean grzanego piwa i wina, który narciarze przez cały dzień, od rana, pobierają w karczmach. Tankują. Osobiście tego nie rozumiem i delektuję się alkoholem dopiero po zakończonych szaleństwach na stoku, to jest wieczorem. Jestem nudziarą i konserwą, a i mam za słabą na to głowę – po grzańcu jestem nie tylko rozleniwiona, ale i odczuwam różne fizyczne deficyty, w zakresie refleksu i koordynacji ruchowej zwłaszcza. Jestem zdania, że tak, jak się nie pije alkoholu podczas jazdy samochodem, tak nie powinno się go pić podczas jazdy na nartach. Kurczę, przecież na stoku niejeden narciarz (i to nie tylko ten z procentem we krwi) osiąga prędkość samochodu (osobiście widziałam na liczniku 93 km/h). Naturalnie wiem, że krzywdę można sobie zrobić także zjeżdżając na sankach z oślej łączki, ale fajnie by było, gdybyśmy na stoku zwracali uwagę na innych – kierowali się zdrowym rozsądkiem (rodzice – co z wami?) i zasadą, by nie szkodzić. Przecież to nie jest takie trudne.

by me

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Strona WWW

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.