Co sobie myślę, kiedy nauczyciel zaniża dziecku ocenę. Gorzkie refleksje

Zdarza się, że zbliżający się koniec roku szkolnego zaskakuje tak, że rodzicom niebezpiecznie wzrasta ciśnienie. Ja np. nie jestem matką, która wykłóca się o oceny i żyje średnią ze świadectwa. Nie chodzę z „kwiczącą torbą”, nie proszę i nie grożę. Na co dziecko sobie zapracowało, tak ma. Jednak mój wewnętrzny sprzeciw budzi idea zaniżania ocen w celach motywacyjnych. Szczególnie mi żal, jeśli sytuacja dotyczy przedmiotu, który jest „konikiem” dziecka.

Trudno mi się w tym zabiegu doszukać jakichkolwiek pozytywów i walorów wychowawczych. Nie rozumiem, jak kogoś może zachęcać do pracy lekceważenie jego dokonań i wysiłków. Według mnie przynosi to dokładnie odwrotny skutek.

W tym roku do przemyśleń skłoniła mnie taka oto sytuacja:

+ + + + 44455555   /  55555536 = 4

Dziecko w ciągu roku zdobyło takie oceny, jak wyżej. Zarówno semestry, jak i rok szkolny zakończyło czwórką. Nauczyciel, zapytany o co chodzi, odpowiada, że ostateczną oceną jest czwórka, ponieważ w tym roku (w zeszłym roku dziecko miało 6) pogorszyła się praca ucznia na lekcji (gada z kolegami), a w związku z tym pojawiły się też spore braki w wiedzy.

Co sobie w takich sytuacjach myślę?

Patrzę na te oceny i doszukuję się w nich przejawów braku wiedzy. Zwłaszcza tych sporych.

Myślę sobie, że szkoda, iż taka zasada nie działa w drugą stronę – np. dziecko z trójami nie ma na koniec roku czwórki, choć pojawiają się u niego przebłyski wiedzy (nie mające odzwierciedlenia w ocenach), a i zaobserwowano u niego w tym roku poprawę pracy na lekcji.

Dlaczego jeśli już ktoś majstruje przy ocenach, to najczęściej je zaniża?

Zaczynam przypuszczać, że w szkole publicznej musi być niesamowicie wysoki poziom nauki języków obcych, skoro dziecko, które uczy się go prywatnie od 5 lat, na poziomie klasy 5 ma spore braki w wiedzy. Jeśli ocena dotyczy właśnie języka obcego.

Jednocześnie zastanawia mnie jedna rzecz. Skoro dziecko przyznaje, że faktycznie gada na lekcji z kolegami (mamo, wszyscy gadają!), ale tylko wtedy, kiedy zrobi ćwiczenie i się nudzi, a nauczyciel mówi, że dzieje się tak często, to oczywiste jest, że jednak poziom trudności nie jest taki, jak byśmy sobie tego życzyli. Tak na marginesie – może należałoby dziecko próbować czymś zainteresować i wypełnić mu czas tak twórczo, by nie miało czasu otwierać buzi?

Myślę sobie, że oceny zbyt często nic nie mówią i niewiele znaczą.

Dziwię się temu, że nauczyciele dziwią się i mają pretensje, że dziecko, któremu oceny zaniża się nierzadko (niektóre szkoły oficjalnie przyznają się do tego, że oceny się obniża, żeby dzieci zmobilizować do pracy), zwłaszcza z przedmiotów, w których jest naprawdę dobre, z czasem odpuszcza – nie wykorzystuje swoich możliwości i się nie stara.

Że czasem taka ocena j.w. wygląda wręcz rozpaczliwie – jakby nauczyciel był niewydolny i bezradny. I wredny. Na zasadzie „Nie radzę sobie, dzieciaki są „niegrzeczne”, a obniżona ocena z zachowania nie robi na nich wrażenia, to ukarzę jeszcze tak”.

Szkoła zbyt rzadko pozwala dostrzec, że jest się kimś wyjątkowym. Najczęściej pozwala uwierzyć, że jest się przeciętniakiem.

Skrzywdzić jest bardzo łatwo. A gdyby tak czasem dziecko wesprzeć, ukierunkować, upomnieć – zwyczajnie POMÓC?

Zaniżanie ocen jest okropne – bo podcina skrzydła, studzi zapał, wpędza w marazm, a i jest dowodem na to, że nie warto się starać (mało które dziecko na etapie szkoły podstawowej uczy się wyłącznie dla siebie).

Rozumiem, dlaczego dziecko z czasem traci chęci – nie chce mu się chcieć.

Czasem wstyd mi przed dziećmi za dorosłych, którzy uważają się za mądrych i kompetentnych, a zachowują się głupio i bez wyobraźni. Nie umiem wytłumaczyć ich zachowania. Zwłaszcza że nie powinno się kwestionować autorytetu nauczyciela, czyż nie?

Wstyd mi jest też czasem za samą siebie, że wkręcam dzieciom takie smuty jak „staraj się, dawaj z siebie wszystko, nie odpuszczaj”. Bo one mi wierzą i się starają, a później pytają: I co? Bo okazuje się, że moje głodne kawałki można rozbić o kant rzeczywistości.

Ocena to nie tylko cyferka na świadectwie – może tak motywować, co dołować.

Zastanawiam się, dlaczego tak niewielu jest nauczycieli, którzy zamiast wyliczać średnią na kalkulatorze (tak, wiem, są do tego programy), faktycznie pochylają się nad dzieckiem, rzeczywiście analizują te oceny, kierują się sercem, życzliwością i wyobraźnią.

Dobra wiadomość jest taka, że tacy są. Naprawdę istnieją. Że funkcjonują w gronie pedagogicznym takie osoby, które na miano wychowawcy czy pedagoga faktycznie zasługują. Że istnieją fajni nauczyciele, którzy do ucznia podchodzą z uwagą, życzliwością i sercem. Dostrzegam i doceniam tym bardziej. Dziękuję.

red. by me

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Strona WWW

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.