Dzień świstaka, czyli o codzienności podwójnej mamy

Budzi cię świt i kwilące dziecko. Drugi szkrab wprawdzie jeszcze drzemie, ale przez skórę czujesz, że jeszcze tylko chwila dzieli cię od momentu, kiedy zagrają w duecie. Dźwigasz z łóżka swe senne ciało, otulasz ramieniem maleństwo i karmiąc je, naiwnie próbujesz jeszcze coś dla siebie od Morfeusza wydrapać.

Po kwadransie starsze dziecko budzi się z bólem w oczach – przypomina sobie, jak bardzo jest teraz głodne. Rozważasz szanse na sklonowanie siebie. Niestety – podwójne masz tylko nazwisko. Ale spokojnie, jesteś przecież szybka, a dyplomację i elementy negocjacji wyssałaś z mlekiem matki. Przynajmniej w dziedzinie wychowywania własnych dzieci.

Zarządzasz zatem powrót potomstwa do łóżeczek i półprzytomna podążasz do kuchni nasłuchując, czy życie żadnego z nich nie jest zagrożone obecnością drugiego. A potem? A potem to już idziesz z prądem, dasz radę przeżyć ten dzień nawet na wpół śpiąco, bowiem cykl czynności, który na niego się składa, masz opanowany do perfekcji. To twój kolejny dzień świstaka.

To twój kolejny dzień świstaka

Pranie, gotowanie, budowle z klocków i machanie grzechotkami. Picie, przekąska, przepierka. Czytanie książeczki, może jakaś układanka z puzzli, pacynki. Taki ot, maraton. Kiedy uda ci się nakłonić do drzemki jednocześnie dwójkę, sama nie wiesz, co jest ważniejsze – popołudniowa poranna toaleta, dokończenie obiadu czy też nie cierpiąca zwłoki internetowa sprawa. Masz kilkadziesiąt minut na realizację zadań, po uprzednim ustanowieniu priorytetów – i tak nie zdążysz ze wszystkim. Wprawdzie przychodzi ci do głowy rzucenie wszystkiego w cholerę, dobija się do ciebie myśl, że mogłabyś choć na chwilkę, choć na troszeczkę przyłożyć głowę do poduszki, ale szybko wybijasz sobie ten pomysł z głowy – za pomocą gotowego już do współpracy mopa.

Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, w jednym tempie mijają dni. I żyjesz jak nie ty, w dzikim pędzie, rozciągając się między rankiem a nocą, kuchnią a sypialnią, śniadaniem dzieci a ich kolacją. Zatracasz się w domowych pieleszach do momentu, aż zakończy się twoja misja – urlop macierzyński, może wychowawczy i wrócisz do pracy, by odpocząć.

Nie łam się jednak. Bo choć trudno w to ci dziś uwierzyć, kiedyś odnajdziesz się na nowo, obudzisz się –  niczym Śpiąca Królewna – z niezaplanowanego snu. No i kiedyś kiedyś, może gdy dzieci pójdą do szkoły (ponadpodstawowej), przypomnisz sobie, co to dobry film, ciekawa książka, godziny w sieci, gabinet kosmetyczny czy wypad z koleżanką na drinka. Głowa do góry, uśmiech na usta! Wszystko jest bowiem kwestią optyki – zapamiętaj.

Całodobowa opieka nad dzieckiem to tylko pozornie nuda, lenistwo w domowym zaciszu, cykl prozaicznych czynności bez znaczenia. Tak naprawdę całodobowość matki to ciężka praca i dość wyczerpujące napięcie – co zaraz. To z jednej strony monotonny i ogłupiający dzień świstaka, odliczany liczbą zużytych pieluch, kalendarz wypełniony dniami różniącymi się między sobą tylko obiadowym menu, a z drugiej to wielkie szczęście, choć być może spojrzysz tak na to nieco później, kiedy odzyskasz ostrość widzenia.

I jeszcze coś!

Bycie mamą małego dziecka to nie tylko zaniedbana kobieta w rozciągniętych dresach, czupiradło o nieobecnym wzroku i żelkami Haribo w głowie. Bycie mamą to też wielkie szczęście, bo nie co dzień można dostrzec pierwszy uśmiech dziecka, usłyszeć pierwsze mama, wspólnie przeczytać pierwszą literę czy zachwycić się pierwszymi krokami dziecka. To jest ten balans, przeciwwaga. Trzeba te okruchy szczęścia dostrzegać, wygrzebywać spod stosu zabawek, pieluch i spalających myśli, otrzepywać z szarzyzny codzienności. Nie będą na razie zbyt długo błyszczeć i  zbyt wyraźnie (za chwilę przysypie je lawina zmęczenia i obowiązków), ale nie dadzą ci zwariować.

mzb

2007 rok

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Strona WWW