Noworoczne postanowienia? Nie robię, bo jestem na nie

Mam przekorną naturę i nigdy nie robię czegoś tylko dlatego, że tak według większości powinnam. Jestem też realistką ceniącą użyteczność, niemniej lubię w sobie pierwiastek hedonizmu. Pewnie dlatego nigdy nie bawiłam się w podsumowania starego roku, a noworoczne postanowienia jakoś mnie do siebie nie przekonały. Dlaczego ich nie praktykuję? Przekora to za mało. Mam swoje powody.

Tytułem wstępu

Większość z nas uważa, że zmienić coś można tylko w jeden sposób – od razu i na hura. Jeśli dieta, to tylko od „po weekendzie”. Jeśli nauka języka, to wyłącznie od „po wakacjach”. Zbyt wiele zrzucamy na barki poniedziałków i stycznia. Nie doceniamy czwartków, przypadkowych miesięcy i metody małych kroków.

Nowy Rok zachęca, by od tego, co było, odciąć się grubą krechą i zacząć tworzyć nowe – coś o rewolucyjnej jakości. To ma być naprawdę COŚ, fajerwerki i ogień, rzecz spektakularna. W rezultacie bardziej się stresujemy, spinamy i głowimy nad wymyślaniem obowiązkowych postanowień i utrwalaniem ich na kartce, niż poświęcamy czas na ich faktyczną realizację. Mało tego! Bywa, że już w fazie planowania jesteśmy tak zmęczeni i zniechęceni, że padamy bardzo szybko, bo na starcie.

Dlaczego nie robię postanowień noworocznych?

Nie czuję potrzeby zmian dla samego zmieniania, zasady czy tradycji. Uważam, że zamiast spinać się na zawołanie, pędzić za czymś, narzucać sobie wyimaginowane cele i wyzwania dla samego narzucania, lepiej zatrzymać się i… pobyć. Zwyczajne życie jest wystarczająco dobre, by się nim cieszyć (no chyba, że nie jest, ale o tym za chwilę).

Lubię delektować się chwilami i czerpać z życia garściami. Constans, przewidywalność, rutyna – to jest coś, co daje mi szczęście i jest moim motorem. Mam wszystko, ale jeśli poczuję, że czegoś mi brak, to zepnę pośladki i zainicjuję proces zmian w czwartek, w lipcu, a może w czerwcu, rano lub o trzynastej. Nie potrzebuję narzuconych z góry dat i terminów. Nowy Rok? W kontekście zmian i postanowień nie robi na mnie wrażenia.

Noworoczna presja, której z definicji nie cierpię sprawia, że skóra mi cierpnie na samą myśl, że coś muszę i powinnam. Ze swej natury czuję taką presję nie posiadania presji, że nawet nie wypożyczam książek z biblioteki (denerwuje mnie to, że muszę się zmieścić w jakimś terminie). Dlatego nie robię ani starorocznych podsumowań, ani noworocznych postanowień. Tej modzie i trendowi mówię nie. Mój 1 stycznia nie ugina się pod ciężarem spreparowanych naprędce postanowień. Wciąż żyję fajnyn, zwyczajnym życiem, nie pędząc za żadną ułudą. Delektuję się i cieszę się chwilą – co szczerze polecam.

mzb

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Strona WWW

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.