O tym, że związek to nie pralka, żeby go ciągle naprawiać

Z pewnością znacie obrazek, przedstawiający parę staruszków i tekst: Spytano parę staruszków, jak wytrzymali ze sobą 50 lat. Odpowiedzieli: „Bo widzi Pan, urodziliśmy się w czasach, kiedy jak coś się psuło, to się to naprawiało, a nie wyrzucało do kosza”.

Słodkie, prawda? Mnie też w pierwszej chwili oczarowało. Niemniej im wnikliwiej mu się przyglądałam i zestawiałam z rzeczywistością, tym wyraźniej widziałam drugie dno. Nie mówię, że niczego w tym nie ma, niemniej i tak doszłam do wniosku, że ten mem mnie wpienia. Dlaczego? Bo nieładnie generalizuje, spłaszcza temat i w gruncie rzeczy gloryfikuje też postawy, które wcale fajne nie są. Bo myślę sobie, że czasem jednak lepiej coś wyrzucić (także z siebie), niż w kółko naprawiać i się mordować.

rozstania

Z pewnością znacie wiele szczęśliwych małżeństw z imponującym stażem. Mnie zawsze starsi ludzie, którzy się lubią, szanują, troszczą się o siebie i spacerują za rączkę, bardzo wzruszają. Też mam na życie taki właśnie plan – wierzę, że nam się uda.

Bo kiedyś…

Ale ile znacie starszych pań – mam, babć, cioć i sąsiadek, które mówią, że choć z mężem było bądź jest ciężko, bo to trudny charakter i zwykły prosiak, to ona – dzięki temu, że zacisnęła zęby, dawała radę. Bił, pił, zdradzał albo po prostu źle traktował, ale to jednak ślubny. Niektóre wypowiadają to ze smutkiem, bo gdzieś tam kłębi się jakaś refleksja i świadomość przegranej, ale inne uśmiechają się z dumą, a i nozdrza im z zadowolenia falują.

Cóż – takie to były czasy, że się pchało wózek, nawet jeśli klekotał i ostrzegawczo trzeszczał, potrafił się rozpaść nawet na prostej drodze i miał połamany dyszel.

Ja kilka takich znam i zawsze, kiedy coś takiego słyszę, to trafia mnie szlag. I zastanawiam się, z czego tu się cieszyć, z czego być dumnym. Czy bycie cierpiętnicą nie jest przypadkiem tchórzostwem i głupotą? No na pewno nie jest czymś, z czym warto się obnosić. Na usta ciśnie mi się pytanie – czy nie szkoda było życia? No i czy nie żal dzieci? To pewnie dlatego tak bardzo lubię ten odczarowujący cytat:

– Owszem, kiedyś się nie wyrzucało ani nie kupowało nowych rzeczy. Nie dlatego, że tak się chciało, tylko dlatego, że nie było alternatywy. Naprawiało się nie z wyboru, tylko z braku wyboru.

Owszem, kiedyś się zepsute rzeczy naprawiało. Ale większość napraw negatywnie wpływało na jakość rzeczy i komfort użytkowania. Jasne, możesz posklejać pęknięty dzbanek, ale te rysy nie uczynią go ładniejszym, a osłabiona struktura nie ułatwi korzystania z niego. Zawsze będziesz na niego uważać. Naprawa nie ulepszała życia, ograniczała jedynie poziom jego pogorszenia. Takie zachowania nie były cnotą. Były koniecznością wynikającą z braku alternatyw. A to zdecydowanie inny układ. źródło

A dzisiaj…

Dziś faktycznie małżeństwa rozpadają się sprawniej i szybciej, a także częściej niż kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu. Wzrostu liczby rozwodów upatrujemy w zmianie obyczajowości i mentalności – i słusznie. Wiele się zmieniło i choć być może faktycznie za szybko odpuszczamy, bo mamy wysokie oczekiwania w stosunku do małżeństwa i jesteśmy wygodniccy, to jest druga strona medalu.

Często bowiem, w odpowiedzi na bylejakość związku czy na zakończenie przykrej historii do głosu dochodzi zdrowy rozsądek i – w przeciwieństwie do pokolenia naszych mam i babć – zwycięża w nas pragnienie, by ratować nie instytucję małżeństwa, a siebie.

Nie chcemy już, jak one, żyć w emocjonalnym niedostatku, na niby. Nie musimy godzić się na status gosposi czy podnóżka, robota kuchennego czy niani Piotrusia Pana – nie są to już bowiem społeczne oczekiwania. Nie musimy (chyba, że musimy) ponosić skrajnie wysokich kosztów utrzymania bądź ratowania małżeństwa. Nie chcemy żyć dla górnolotnych, choć pustych idei, a dla siebie.

Zatem czy to źle, że wiemy, czego chcemy, a czego absolutnie nie? Czy to źle, że zamiast w nieskończoność walczyć z wiatrakami, zamiast permanentnie sklejać poobijane i dziurawe dzbany, zamiast tkwić w toksycznych, niesatysfakcjonujących związkach, w pewnym momencie mówimy dość, zabieramy klocki i idziemy na inne podwórko? Nie.

Dlatego nie gloryfikowałabym minionych czasów i zgody na poczucie bylejakości. Nie podnosiłabym do rangi cnoty zachowań, które nie dość, że nimi nie są, to mają działanie destrukcyjne. No i nie nosiłabym na rękach tych staruszek (choć może i staruszków), które zaciskały zęby i tkwiły w kajdanach małżeństwa z przyzwyczajenia, wewnętrznego przymusu, bocoludziepowiedzą czy wygody, unieszczęśliwiając tym samym i siebie, i dzieci.

Osobiście wolę żyć dzisiaj, czyli w czasach, kiedy mamy wybór i odwagę, by go dokonać (a może bardziej społeczne przyzwolenie). Możemy związki naprawiać, zamiast od razu spisywać na straty – i z pewnością trzeba podejmować takie próby. Warto jednak wyczuć granicę i wiedzieć, kiedy powiedzieć stop. Bo kiedy coś się psuje i psuje, daje się naprawić tylko na chwilę, to trzeba to cisnąć do kosza w cholerę.

I na koniec taki cytat, odnośnie zmian i remontów:

– W związku wcale nie chodzi o to, by się ktoś przy kimś zmieniał. To w ogóle nie na tym polega. Bo jak człowiek sam w sobie nie ma pragnienia zmiany, to się nie zmieni. Pytanie tylko, czy osoba, z którą jesteś, ciągnie cię w górę, czy w dół. Jedni do rozwoju potrzebują presji, inni wsparcia. Wszystko polega na tym, żeby znaleźć w drugiej osobie stymulującego do rozwoju partnera. I stworzyć z nim relację, która będzie cię pchała do przodu, a nie blokowała.

„Jest życie po końcu świata”, Joanna Kos-Krauze, Aleksandra Pawlicka źródło

Monika Zalewska-Biełlo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Strona WWW

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.